Przerwa techniczna / Przekrój

Z tym tekstem miałem pojawić się ponownie jeszcze w październiku i pewnie udałby mi się ten zabieg, lecz zespół amotywacyjny, z który dotknął mnie bezpośrednio tej jesieni pozwolił jedynie na nabazgranie tych słów na kartce. Taka jest niestety konsekwencja zbiorów kwiatostanów w ogóle, że rzeczy średnio-ważne stają się zupełnie błahe, nie wspominając, że gradacja dotyczy nie tylko ich. Sezon się udał, co prawda nie w pełni, rolnikiem nie zostałem, ale open seed zakiełkowała w głowie i nakreśliła różnice, podkreślając swoją naturalność. Co dzień ZN jak rapowali chłopaki z Molesty przed laty, sprawiło że kolorowe życie nabrało znacznie intensywniejszych barw, ale skutek uboczny w postaci wspomnianej wcześniej abulii, delikatnie mnie przystopował w robieniu czegokolwiek, co nie przeszło przez moje wewnętrzne sito o przepustowości potrzeb co najwyżej pierwszego lub drugiego stopnia. Z drugiej strony wystarczyło jedynie ledwie 7-dniowe katharsis, które z czasem ograniczyłem na tydzień pracy, nie wliczając piątku. Frajda jaką dawał ten śmieszny papieros, zaczęła zupełnie nużyć, a jedynym pozytywnym aspektem stawała się wizja odtrucia dnia następnego, a nie słodkiego dymu. Szkopuł jednak w tym, że kolejny dzień aż prosił się o to, by otoczyć się słodkim aromatem i dostałem szkic prostego schematu zwanego uzależnieniem psychicznym. Na całe szczęście wszystko „siedzi w głowie”, dlatego walka z nim, odbyła się na myśli, a tarczą stała się silna wola.

W oryginale, czyli tym co kilka tygodni temu naskrobałem na kartce, miałem przedstawić podróż psychologiczną przez tą prawie już dekadę mojego związku z Marią Joanną, lecz gdy raz jeszcze, chwilę temu powróciłem do zapisanych niebieskim długopisem słów, zaniechałem „zripowania” ich do wersji elektronicznej.Cała podróż, która zaczęła się w czasie licealnej nudy na tyłach szkoły, choć była początkiem czegoś ważnego w moim życiu, zdegradowana została przez czas jako najmocniejszy czynnik, do roli ciekawego, ale tylko epilogu. Fakt faktem przechodząc do puenty tego co miało się w miejscu tego zdania znaleźć, wspomnę tyko, że kupując trawę od dilera, przez te wszystkie lata nie zdawałem sobie sprawy, jaki tak naprawdę syf „musiałem” palić. Całe szczęście trafił w moje ręce naturalny sort, a ja dzięki niemu wiem że nie kupię już nigdy trawy od dilera, choćby za cenę dłuższej przerwy – do czasu zbiorów rzecz jasna.

01.11.2009 :: 09:19



Pogrążony w bagnie

Chciałem kolejny już raz powitać serdecznie wszystkich, którzy wchodzą regularnie na mój blog. Moja dotychczasowa nieobecność była chyba najdłuższą w historii, dlatego nie ma się co dziwić że prawie zapomniałem jaka to satysfakcja podzielić się z całym światem własnymi emocjami. Po ostatnim wpisie wydawać się mogło że ustabilizowałem się. Pozornie. Niestety to wszystko co złe, wróciło do mnie ze zdwojoną siłą. Całe to zło to tak naprawdę wszechogarniające błoto, które mnie otacza. Bezkształtna, lepka i rozrastająca się masa, w której już tkwię po szyję. Mieszanina kłamstw, używek i chciwości. Tfu! Rzygać mi się chce na ten widok – zaczynam się w tym topić… Oportunizm nie zawsze prowadzi do sukcesu czego jestem najlepszym przykładem. W czym więc mam pokładać nadzieję…?

Pamiętam, jak kilka lat temu przerabiałem mniej więcej ten sam schemat. Wówczas uratowało mnie wiara. Dziś zaliczyłem pętle, ale tej zupełnej beznadziei która mnie dopadła ponownie zwróciłem się w kierunku Boga. Być może wiele jest racji w słowach mojej żony, która nie tak dawno powiedziała mi, że zwracam się ku religii, wtedy gdy coś nabroję. Powodem jest moje tchórzostwo, ale na szczęście jutro będzie drugi dzień reszty mojego życia, a jego datę zapamiętam niczym dzień urodzin córki!
03.08.2009 :: 23:43



List w przeszłość: Danny

Dawno Cię nie widziałem wiesz?! Nie ma Cię na naszej-klasie, nie piszesz, zmieniłeś numer telefonu… Ostatnio widzieliśmy się chyba ze dwa lata temu w sklepie. Pamiętasz? Pracowałem tam, jako ochroniarz, a Ty zwyczajnie razem z żoną przyszedłeś na zakupy. Co za ironia nie? Gdyby ktoś opowiedział mi taką sytuację, prędzej uwierzyłbym, ze pomylił nas ze sobą. Jednak tak było. Nie wiele zamieniliśmy ze sobą słów. Musiało nam wystarczyć zwyczajne: „Co słychać, brother?” i tego typu trywialne zwroty. Po tych wszystkich latach nie tak to miało wyglądać. Przynajmniej nie powinno. Cztery lata spędzone w „jednej ławce” to jednak szmat czasu, prawda Danny? Nie zawsze było między nami dobrze. Pamiętasz „Pogórzankę”? To właśnie tam chyba coś się spieprzyło… Nie wytknę Ci palcem Twoich win, sam święty nie byłem. Wiedz jedno brother! Byłeś i wciąż uważam, że jesteś moim przyjacielem. Jedynym. Cholernie tego żałuję, że tak to się potoczyło. A miało być tak pięknie, ale chyba nie do końca nie zdawałem sobie sprawy z terminu PRZYJAŹŃ. Bo kto jak nie Ty? Ty właśnie odprowadziłeś mnie na pogotowie, jak miałem złamany nos. Zawaliłeś wtedy trening. Ty mi pomagałeś w szkole, Ty uświadomiłeś mi jakim byłem gnojem kiedy zacząłem ćpać. Co prawda sporo później to do mnie dotarło, ale jednak. Nasza przyjaźń się posypała, ale wierzę że nie umarła. Bo czym byłby ten świat bez miłości i przyjaźni. To pierwsze znaleźliśmy. Obaj mamy już rodziny, własny kwadrat. Wiem, że nie jest lekko – ja nie narzekam. Grzechem by było nie cieszyć się z tego co się ma. Teraz, siedząc przy moim ASUSie, wierzę że Ty też gdzieś tam jesteś i czasem pomyślisz o swoim przyjacielu. Bo chyba mogę Cię jeszcze tak nazywać prawda? Liczę, że kiedyś się spotkamy, ale nie naciskam. Przyjdzie czas…
16.03.2009 :: 23:40



Alfabet 2008

Nie zrobiłem rocznego podsumowania wcześniej. Może to i dobrze, bo zachwalałbym jaki ten rok 2008 był wspaniały, o negatywach oczywiście nie wspominając. Postanowiłem przemilczeć temat. Do czasu. Gdy przeczytałem kilka dni temu podsumowanie jakie zrobił Yongpadre, postanowiłem nie być gorszy i sięgnąłem – może bezczelnie i chamsko – po jego pomysł. I tak drodzy Państwo powstał ALFABET 2008 według Kildeis’a

Anita. Moja najukochańsza żona. Wspaniała, cudowna, jedyna i niepowtarzalna kobieta.

Bóg. Wiele w zeszłym roku miałem z nim zatargów. Wielokrotnie go zdradzałem, oszukiwałem, kłóciłem się z nim. Wierzę, że niczym Yongpadre, w tym roku zbliżę się do Niego.

Czerwona herbata. Myślę, że płyn, którym codziennie popijam strawę, powinien mieć choćby jednozdaniową wzmiankę w tym tekście.

Dom. Raczej mieszkanie. Wiele kosztowało nas i naszych bliskich wysiłku. Nie tylko finansowego. Będzie nam się tu dobrze mieszkało.

Eldo. Człowiek, którego postawa nakreśla także moją drogę życiową. Słuchając jego głosu, czuć wyjątkowość i spójność wskazówek, które jednak są, mimo jego zaprzeczeń co do ich istnienia. Zeszłoroczna płyta uświadomiła mi jak powinien wyglądać mój patriotyzm. Dziękuję Leszku.

Firma. Nie ta w której pracuje, lecz tak którą z pomocą Bożą założę. Oby miało to miejsce w tym roku…

Ganja. Nie ukrywam – lubię zapalić. I będę lubił do moich ostatnich dni. Ktoś gustuje w lampce wina, a ja w tłustym spliffie. Choć dobre wino też uważam.

Hyperreal. Po upadku forum smartshopu, w które byłem czynnie zaangażowany. Znalazłem portal dyskusyjny na którym wreszcie mogę się swobodnie wypowiadać. Taka moja odskocznia od codzienności…

Internet. Uzależnienie? Nazwałbym to bardziej fascynacją.

Jedzenie. Nie ukrywam, że lubię zjeść dobrze i dużo. Stąd pewnie kilka kilo więcej…

Kasa. Raczej jej brak. W 2008 finansowo byłem na samej górze, ale również na zupełnym dnie. Niestety. Raz się Ciebie trzyma, a raz ma Cię w dupie…

Lenistwo. Do tego tchórzostwo i zakłamanie. Najsmutniejsza litera w moim alfabecie…

Łotwa. Również Litwa i Estonia. Chciałbym kiedyś zwiedzić te nadbałtyckie republiki…

Miłość. Najważniejsze w życiu to ją odnaleźć. Dzięki Bogu mi się udało.

Nadzieja. Mówią, że matka głupich… Ja jednak wolę być wśród nich.

Ojcostwo. Gdy dowiedziałem się, że zostanę ojcem, co miało miejsce dwa tygodnie przed ślubem mój stan psychiczny dało się określić trzema przymiotnikami. Zaskoczony, przerażony… i bardzo szczęśliwy.

Praca. Żyć z pisania nie mogę, ale drukowanie fototapet nie jest najgorszym zajęciem…

Remont. Okres najgorętszych zmiany w moim rodzinnym domu. Dobrze, że mamy go za sobą, nie wliczając w to długów…

Smartshopy. Powstają jak grzyby po deszczu. Nawet stacjonarne. Póki zajmują się sprzedażą etnobotanicznych, egzotycznych i z reguły nieszkodliwych ziółek wszystko jest w porządku. Jednak gdy pojawia się chemia okraszona mianem „mieszanek ziołowych” już nie jest. Definitywnie!

Ślub. Najbardziej duchowe i osobiste zdarzenie jakie miało miejsce w moim życiu. Totalna mistyka.

Tarnów. Moje ukochane miasto. Tyle historii niespisanych, tyle opowieści, tyle osób, które można a nawet trzeba wysłuchać. Kazimierczak ma Warszawę, Huelle pisze o Gdańsku, a ja, podobnie jak Brandstaetter o Tarnowie. Ale gdzie tam mi się do nich równać… Za cienki jestem w te klocki…

Uczelnia. Znając moje lenistwo chyba nigdy jej nie skończę. Pracę magisterską mam napisaną. Wystarczy się tylko obronić. Tak niewiele, a jednak tak dużo. Mam nadzieje, ze w 2009 zamknę wreszcie definitywnie ten rozdział.

Wiara. Chciałbym ją pogłębiać, a jednak jestem zbyt słaby, ciągle wątpiący i niekonsekwentny. Boże daj mi siłę…

Zapał. Tego mi brakuje, ale bardziej konsekwencji w działaniu. Robię coś, później mi się nudzi i kończę… Mam nadzieje, że kilka moich postanowień na przyszły rok uda się mimo to zrealizować.
04.01.2009 :: 23:54



Jestem

Tak bardzo chciałbym, aby wena mnie nie opuściła nigdy. Marzę o tym, by pisać codziennie. Choć przez tydzień. Z każdym nowym miesiącem próbuję uczynić z tego postanowienia rzeczywistość, ale jak mi to wychodzi sami widzicie. Właśnie z tego powodu hołubię takie dni, gdy żona śpi, a ja, w półmroku, wzrokiem wlepionym w jasny monitor próbuję przekazać poprzez klawiaturę swoje myśli. Walczę nie tylko z brakiem pomysłu na notkę, lecz także, a może nawet przede wszystkim z lenistwem, które tak często mnie dopada. Wyrzucam sobie często, że nie wykorzystuje danego od Boga talentu… Niestety, ale tak właśnie jest! Jedynie pisać tak naprawdę potrafię. Nie umiem nic więcej. Nie mam zawodu, skończyłem administrację, ale pracownikiem biurowym nie zostałem, pakuję przesyłki i drukuję fototapety, zdolności manualne ma zerowe… Cała moja kariera, to wyłącznie zasługa moich łgarstw, szczęścia i łatwości wysławiania się. Nigdy nie włożyłem w pracę, którą wykonywałem serca. Ciężki ze mnie przypadek: im jestem starszy tym częściej zdaje sobie sprawę z własnego ograniczenia w wielu dziedzinach. Doskonale dostrzegam swoje niedoskonałości, przez lata maskowane i może na zewnątrz nie widoczne, ale jak najbardziej realne. Jestem TCHÓRZEM, LENIEM i KŁAMCĄ! Tego wieczoru wyznaję to publicznie, choć nikt nie grozi mi zastrzeleniem, tak jak Stuartowi Shepardowi z filmu Joela Schumachera. Już dawno dojrzałem do tej decyzji, a "Phone Booth" tylko ją przyspieszył. The end!
12.10.2008 :: 23:23



Trzeci dzień niewoli

Kiedyś, gdy patrzyłem na przechadzające ulicami pary tęskniłem za prawdziwym szczęściem. Byłem sam, więc daleko mi było do bliskości drugiej osoby płci przeciwnej. Homo wszak nie jestem, na prawo zaś ode mnie jeno beton widać. Gdy już poznałem kobietę swego życia, która zaraz na początku naszego toksycznego w swych zaraniach związku wcale tą na dobre i na złe się nie jawiła, zażyłości tej nie pielęgnowałem. Dziś wiem, że im więcej cięższego kalibru chwil ulotnych jak ulotka, co niekiedy kształtujące jest, tym człowiek dojrzalszy. Zmężniałem psychicznie, choć niektórzy stwierdza, że uległem presji życia i stałem się jedynie jednym z miliardów zwyczajnych. Życie, jak widać. Ja powiem: szczęście. Istota egzystencji wymalowana na mej twarzy i widoczna na środkowym palcu prawej dłoni. 23 dnia bieżącego miesiąca w kościele po raz pierwszy zabłysnął złoty GPRS i odtąd dzielnie świecił będzie. Szczęście? THC i etanol nim nie jest, choć „Dusza Mnicha” koloru rosso przed skonsumowaniem pożycia w dniu trzecim to szczęście akcentuje. Wyjątkowo i wystarczająco, bo szczęście to niewola miłości. Amen.
25.08.2008 :: 23:47



Moja mała ojczyzna

Będąc gnojem miałem dziwne marzenie - chciałem mieszkać w mieście, w bloku. W okresie młodzieńczego buntu wręcz niczego innego nie pragnąłem. Pociągał mnie ten świat ogólnej bliskości do wszelkich zdobyczy cywilizacji, świat podwórek, co prawda obsranych przez psy, lecz emanujących swoistym, urbanistycznym klimatem. Te kilka tygodni spędzonych na wakacjach u ciotki w kartonowym blokowisku wywoływało we mnie tęsknotę za miejscowymi pijaczkami przesiadującymi od wczesnych godzin przedpołudniowych obok butelki z owocową nalewką, zakamuflowaną w kolorowej reklamówce. Tęskniłem za widzianymi w oknie pokoju, czy też kuchni ludźmi pędzącymi niewiadomo gdzie i w jakim celu. Wieczorami brak mi było tego przesiadywania pod blokami z butelką piwa sączonego leniwie w ramach miejskiej rozrywki. Gdy po powrocie do domu, na wieś, zamykałem oczy przed snem, wyobrażałem sobie, że kiedyś dane mi będzie przenieść się do dużego miasta…

Los chciał inaczej. Tu gdzie się urodziłem, wychowałem, tu gdzie jest mój dom, tam zostałem. W tej podtarnowskiej miejscowości, gdzie spędziłem dzieciństwo i młodość, dane mi również będzie (da Bóg) wychować dzieciaki… Wiele zmieniło się przez te dwadzieścia, przeszło lat, a jednak finalnie niewiele. Drewniany domek, w którym mieszkał Kazek bez nogi, kiedyś dobrze widoczny z frontu, przysłoniły majestatyczne kasztany. Z dzieciństwa pamiętam je jako niezbyt wysokie drzewa. Dziś to prawdziwe olbrzymy, których okres kwitnienia oznajmia, że nadszedł czas potyczek maturzystów z długopisem.

Błogi spokój mojej okolicy naruszył trochę oddalony o sto metrów „szrot” z częściami samochodowymi, który otworzył mój kuzyn. Mimo to widok zza okna nie wiele się zmienił. W dalszym ciągu mogę delektować wzrok pobliskim laskiem, który dodatkowo rozrósł się do tego stopnia, że przysłonił ogrom nieużytków. Nasza okolica w ogóle została zdominowana przez drzewa. Poza domami nielicznych sąsiadów, których co prawda przybyło, lecz nie na tyle, żeby powstały nowe budynki niewiele jest jeszcze widoczne. Wszędzie zieleń lasu w lecie, w zimie zaś szarość pni i gałęzi pozbawionych liści. Kamienistą, pełną wybojów drogę, na której pomiędzy koleinami rosła trawa, wypełnił równiutko, co do centymetra czarny asfalt, o którego położenie mieszkańcy mojej okolicy walczyli dobre kilka, jak nie kilkanaście lat. Zwiększył się co prawda ruch (o ile o czymś takim można mówić na osiedlowej drodze, dodatkowo wiejskiej), ale jest wygodniej i co może nawet ważniejsze ładniej.
16.08.2008 :: 17:13



NIGDY WIĘCEJ!!!

Ile można? Jak długo świat będzie wykrwawiał się na peryferiach? Dlaczego kilka baryłek ropy jest warte więcej niż życie jednego człowieka? Amerykanie stworzyli piekło na ziemi w Iraku, a teraz Rosjanie najwidoczniej im pozazdrościli i postanowili stworzyć podobny „raj” w Gruzji. Jest mi przykro, bo ludzie nie uczą się na własnych błędach. Było ich sporo. Afganistan, Bośnia, Sudan, Rwanda, Czeczenia, Kosowo, Liban, Czad, wspomniany wcześniej Irak… A przecież to nie wszystkie kraje w których trwa lub nie tak dawno trwała wojna. Jest ich więcej - niestety dużo więcej… Kto do tego dopuścił? Kto poniesie odpowiedzialność…? Nie wiem z czego serca mają możni tego świata, którzy pozwolili na czystki etniczne. Kto odpowie za miliony uchodźców błąkających się w poszukiwaniu spokoju? Kto wynagrodzi im śmierć bliskich, zburzone domy, niemożność życia na ojczystej ziemi? Kto wróci kończyny milionom kalekich ludzi? Kto zastąpi sierotom rodziców? Kto udzieli pomocy potrzebującym…? Czy tylko Bóg jest w stanie zakończyć raz na zawsze te zbrodnie jakimś kataklizmem? Chce wierzyć, że nie, ale nie potrafię. Nie dziwcie mi się, mimo że z całego serca pragnę, aby było jak w tytule…
14.08.2008 :: 23:38



Punkt zwrotny - AD 2008

AD 2007 przeszedł do historii. Wreszcie! Nie każdy z tych 356 dni był zły, ale ten okres tracił tandetą i monotonią. Moim marzeniem jest by 2008 pełen był pastelowych kolorów. Do tej pory chcąc wyrwać się z monotonii codzienności, coraz głębiej w nią brnąłem. Bylejakość! Fuj! To słowo było patronem AD 2007, lecz za ten stan rzeczy nie odpowiada nikt inny poza mną. Na własne życzenie tkwię w ciepłym kurwidołku o nazwie lenistwo, kwiląc niczym głodne pisklę, że jest źle. Niech więc nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że zdaje sobie sprawę z tego, iż moje życie to jeden wielki kawałek gówna! Co jakiś czas wzbijam się na wyżyny zaangażowania próbując wybrnąć z tej karuzeli paranoi o fetorze kału i nawet niekiedy mi się to udaje. Cóż z tego jednak, gdy fetując przedwcześnie sukces, przestaje z radości się starać i zataczam pętlę. Wówczas zwijając w 10 centymetrową bibułkę pół porcji mistycznej harmonii z florą i fauną za 25 złotych, próbuję ukraść jak najwięcej chwil. A gdy już dokonam przestępstwa, strzepując popiół na ziemię, powtarzam jak mantrę, że nic się nie stało, że to nic nie znaczy. Kończę kolejną pętlą i pogłębiającym się zespołem amotywacyjnym, nie mając w zasięgu ręki żadnego skutecznego lekarstwa…

Wiem, że takich postanowień złożyłem już setki, jak nie tysiące, a niewiele z nich zostało zrealizowanych. Dziś jednak przyrzekam, że za rok, mniej więcej o tej porze, bez cienia kłamstwa, o ile Bóg pozwoli mi doczekać, napiszę: Teraz, aby mnie zatrzymać muszą wymyślić na to leki. Dziękuje Boże, że dałeś mi siłę i wytrwałość! To dzięki Tobie udało mi się!

Żeby nie być gołosłownym! Jutro idę zapisać się na angielski. W czwartek mam trening capoeiry. W przyszłym tygodniu składam komplet dokumentów, potrzebnych do pracy w policji. Jeżeli mi się uda to zostanę psem, jeżeli nie wyemigruje. Na wyspy! Zgodnie z wcześniejszym postanowieniem nie palę do końca marca, zaś 23 sierpnia poślubię Anitę! Good night – good luck!
01.01.2008 :: 23:46



PKS Old School

Pamiętam czasy, kiedy pokonywałem odcinek 800 metrów z domu na przystanek autobusowy. Codziennie dwukrotnie! Czasy liceum – piękne zapisane na zawsze w pamięci chwile, które zgodnie z słowami piosenki już minęły i nie powrócą nigdy więcej. Ile to papierosów wypaliłem stojąc pod wiatą przystanku? Ile razy „łapałem stopa”, by zdążyć na lekcje, po tym jak spóźniłem się na ostatni autobus? Nawet dziś śni mi się ten śmierdzący PKS pełen jadących na targ bab z podtarnowskich wsi, objuczonych płodami rolnymi i co gorsza – o zgrozo! – drobiem. Jak cudownie smakowało wówczas piwo na tylnych siedzeniach lub wypalona po kryjomu lufka…Czyż to nie sport ekstremalny, gdy zamiast na bilet pieniądze otrzymywane od rodziców zamieniałem regularnie, niezgodnie z przeznaczeniem na paczki czerwonych, przemyconym zza wschodniej granicy L&Mów na miejskim bazarze? Ile razy musiałem nadwerężyć nogi, by opuścić ten środek komunikacji, bez stosownego kwitka zwanego biletem kredytowym? Ile razy kanary zmusiły mnie do powrotu ze szkoły na nogach? Zliczyć to wszystko i zestawić? Niemożliwe! Zresztą to bezcenne, jak wszystkie wspomnienia. Autobusowy old school! Szkoda pisać…
15.11.2007 :: 01:04