Upływ czasu, UFO i kropka po nazwisku

Widzę to najczęściej przy goleniu, gdy biel z moich policzków znika na rzecz gładkiej skóry. Pod innym kątem układają się zagłębienia na twarzy, zmienia się wzrok. Oczy, choć ciągle mam niebieskie to jednak stonowane, bardziej zmęczone, rzekłbym nawet, że poważniejsze. Czas. Cholerny drań. Widać jak pędzi! Nogi mu nie podstawie, bo w tym swoim biegu mi ją połamię. Za kark też go nie chwycę, bo przeleci mi przez palce. Wiem, czym się pachnie walka z nim. Sromotną klęską. W podróż z prędkością światła nie wylecę, chyba że porwie mnie to UFO, co sfilmowano nad Turcją. Z drugiej jednak strony, po co kosmitom rozdarty psychicznie TCHÓRZ, LEŃ I KŁAMCA? Nawet, gdyby blizny na mej psychice znikały dziesięciokrotnie szybciej niż pojawiające się nowe wątpliwości, do wszechświata brakuje mi więcej, niż psu do mowy ludzkiej. Ci, co z kosmosu pewnie woleliby młodą, urodziwą dziewicę, wulgarna Dodę lub krzepkich, „pięknych kawalerów”, którzy pobili Radosława M. i Piotra Ś. Przynajmniej dane mi będzie spać spokojnie – nikt mnie nie porwie. Dobranoc.
03.11.2008 :: 23:13



Przepowiednie

Nie pisałem nic od dłuższego czasu, bo dopadły mnie katastroficzne lęki. Strach przed 2012 nie minął. Na moje nieszczęście. Jednak skoro Majowie nie potrafili przewidzieć końca swojej cywilizacji, to jak udało im się przepowiedzieć koniec naszej kultury – cywilizacji, która ich podbiła? Nie wiem. Ludzie chyba żywią się na wymyślaniu takich proroctw strachem takich debili jak ja. Ze dwie noce nie przespałem, myśląc jak to będzie, jak już nic nie będzie. We wszystkich wydarzeniach doszukiwałem się jakichś tego symptomów. Każde wydarzenie nadawało się doskonale. Dramatyczne spadki na giełdzie, krach gospodarczy, rzeź chrześcijan w Indiach, nasilenie katastrof naturalnych, choroba Mahmuda Ahmadineżada, New World Order, ocieplenie klimatu, wizyta premiera w Chinach, kłopoty PZPN, ból głowy w weekend, remont obwodnicy Tarnowa, symptomy starzenia się u mojego psa Puszka… Całość wszystkich, nawet tych „bardzo ważnych zdarzeń” układała się „w logiczną układankę” dotyczącą końca końców. Jakby tego było mało to wizjoner z Człuchowa, niejaki pan Jackowski zatrwożył mnie swoją wizją wojny w listopadzie 2008. Nomen omen bardzo bliski termin... Chodziłem jak struty. Desperadosy nie pomagały, po silniejszy znieczulacz nie sięgałem. Pewnie gdyby to chodziło tylko o mnie to zlałbym to wszystko z góry do dołu. W koniec świata kupiłbym sobie „pakiet” (10g zioła), wyszedłbym na dach, odpalił spliffa i obserwował, jak świat pada na pysk. Szlag by jednak trafił, że akurat teraz, dwa miesiące po ślubie, w trakcie remontu zachciało się światu walić. Małżeństwem się nie nacieszę, ojcostwem też nie bardzo, nie wspominając już o własnym mieszkaniu...

Przed kilkoma kwadransami strach przybrał do tego stopnia na sile, że aby nie myśleć, sięgnąłem po książkę. Ranko Marinković, o dziwo, poprawił mi humor opowiastkami sędziego we „Wspólnej kąpieli”. Anita słuchając muzyki chyba z czystego przypadku włączyła „Nie bój się zmiany na lepsze”. Na sekundę ledwie, ale wystarczyło. W głowie raptownie pojawiła mi się zwrotka Wojtka Sokoła: „skończy się świat, jeśli ty się skończysz, ale będzie coraz gorzej, jeśli sam się pogrążysz”… Pomogło! Nie wiem na jak długo, ale jednak. Wiem, wiem. Wrażliwiec ze mnie, ale idiota jeszcze większy…
27.10.2008 :: 21:25



Real life

Jechałem trasą z Tarnowa do Ryglic. Bez wyraźnego celu. Ot tak! Po prostu przed siebie, póki starczy mi benzyny. W mej głowie co chwilę, niczym déjà entendu powtarzały się dźwięki z ostatnie wielkiej draki – kłótni pomiędzy mną, a mamą. Wiem. Niezwykła zgodność charakterów, różnice światopoglądowe i pokoleniowe. Wiele jest przyczyn, o których nawet nie chce mi się rozpisywać. Szkoda mojego czasu i szkoda tych krzaczków zwanych literami. Biorąc pod uwagę, to że mamy mieszkać z Anitą po ślubie w jednym domu z moim rodzicami, te sprzeczki nie rokują najlepiej – myślałem – Może warto jednak poszukać osobnego mieszkania, jak radził mój przyszły teść? Na początek – na dotarcie, które niewątpliwe może okazać się wcale nie takie niewinne. Bo małżeństwo to nie sielanka, lecz nieustanna próba znalezienia kompromisu. Podobno…

Jechałem i patrzyłem, bijąc się z własnymi myślami. Za sobą zostawiłem Skrzyszów, później Szynwałd. Krowy – rzadki to już widok – pasły się na przydrożnej łące. Dzieciaki na rowerach jeździły wzdłuż ulicy. Z rzadka mijani piesi korzystali z uroków pięknej, niedzielnej pogody. Niektórym, aż za bardzo udzielił się świąteczny czas, gdyż ich chód sprawiał wrażenie, jakby mijali niewidoczne tyczki, uczestnicząc w swoistym, wyimaginowanym slalomie. Piękna ta moja ziemia tarnowska. – pomyślałem. Nie wkradło się tu jeszcze całe to plugastwo cywilizacji postępu. Mogą nas, Polskę nazywać skansenem Europy, ale to tutaj jest prawdziwe życie. Real life to nie Irlandia z zielonymi łąkami, Włochy z gajami oliwnymi, czy Francja z tysiącem winnic. Życie to Polska, a Polska to życie. Rzadkie, bo rzadkie, ale prawdziwe bocianie gniazda na kominach, kamieniste drogi, które Bóg wie, gdzie prowadzą, przydrożne krzyże i kapliczki. Nigdzie tego nie ma i nigdy nie będzie…

Na skrzyżowaniu w centrum Zalasowej postanowiłem skręcić w lewo, na Lubczę. Choć nigdy ta trasą nie jechałem, chciałem udać się we wspomnianym kierunku mając nadzieję na przebicie się na drogę do Jasła lub na popularną „czwórkę”. Nie ujechałem nawet dwustu metrów, gdy po lewej stronie ukazał się mym oczom majestatycznie wyglądający pośród niby rynku kościół w Zalasowej. W głowie przewinęła mi się myśl: Jest niedziela, a nie byłeś dziś w kościele i pewnie nie pójdziesz. Wstąp choć na chwilę. Zatrzymałem się na parkingu przed świątynią. Po ładnie wybrukowanym placu, na który cień rzucała remiza strażacka, krok po kroku wszedłem na dziedziniec kościoła. Uchylając masywne drzwi dostałem się do środka. Ukląkłem i w ciszy myślałem o tym wszystkim co się ostatnio w moim życiu dzieje. O niedokończonej pracy magisterskiej, o problemach z rodzicami, o ślubie. Zacząłem się modlić. Po co najmniej dwóch kwadransach opuściłem świątynie bardzo spokojny, wręcz wyciszony, a co najważniejsze szczęśliwy. Miał rację Pan Mietek – tu jest prawdziwe życie!
28.04.2008 :: 23:41



Gwiazdy

Zwyczajny, czy niezwyczajny? Prosty, czy złożony? A skąd ja mam to wiedzieć! Głębokim haustem wciągam dym do płuc. Raz, dwa, trzy, (...) dziesięć, piętnaście! Pęcherzyki oddają pozostałości THC atmosferze. Oddycham głęboko. Ciekawy, czy nudny? Skąd mam wiedzieć? Mantra czy co? Tyle ludzi żyje pośród swojej przeciętności, a Ty? Oni są szczęśliwi! Jeszcze jedna chmura dymu – teraz z gatunku tych olbrzymich. Raz, dwa… Pewnie, że jestem! Przecież nic mi nie brakuje! Czternaście, piętnaście! Huuuuuuuu! Gwiazdy? Na szczęście nie z okładek kolorowych magazynów. Marność, nad marnościami… Wszystko marność! Prawie… W konstelacji Łabędzia górą jest Deneb! Różne galaktyki są widoczne z perspektywy mojego podwórka. Obok Wegi przeleciał samolot. Spadający sęp pozostał głuchy na szum jaki rozniósł się w powietrzu. Zagłuszył ujadającego psa sąsiadów i kolejne moje huuuuuuuu! Gdzieś tam w kosmosie, w gwiazdozbiorze Lutni istnieje planeta, na której podobne do mnie stworzenie, siedzi przed swoją chatką i spogląda w niebo. Huuuuuuuu! Nie przeszkadza mu ani chłodna noc, ani przejeżdżający samochód. Prot by się ucieszył, widząc go szczęśliwego. Huuuuuuuu! Już nie mogę. Dym konopny jest przyjemny, ale tytoń przeszkadza. Nikotyna to zło! Huuuuuuuu! Miliony lat świetlnych nad zabudowaniami podtarnowskiej miejscowości istnieje planeta, na której sok truskawkowy wypływa z biszkoptowych skał, a na drzewach rosną kurczaki. Prot zaś siedzi i zawija je w sreberko. Huuuuuuuu! Czas spotkać się z Morfeuszem. Może on przedstawi mi swoją wersję wydarzeń tej środowej nocy…
07.04.2008 :: 23:23



Sex i żelki

Leżeliśmy na łóżku. Przytuleni, pełni buzujących w nas hormonów. Choć zmęczeni po całym tygodniu pracy, przepełniała nas pozytywna energia. Odgryzaliśmy głowy żelkowym miśkom, bynajmniej nie spod znaku Haribo. Wiadomo. Dobre, bo polskie. Zębami też odrywaliśmy od tułowia ich kończyny. Dolne i krótsze, przypominające owalne i płaskie zarazem wypustki, kończyny górne. Było wspaniale. Poczułem, że mógłbym spróbować podobnie ukąsić Anitę. Chora fantazja – taka perwersja! – pomyślałem i zamieniłem chęć w czyn. Nie oponowała. Podobało się jej, że lekko zacisnąłem swoje zęby na jej szyi. Zrewanżowała się nieśmiałym pocałunkiem, który nabrał zdecydowanie głębi w swoim znaczeniu. Kocham Cię mój misiaczku – wyszeptała kilka milimetrów od mojego ucha. A później…? Kochaliśmy się pośród porozrzucanych na łóżku żelatynowych misiów, w cieniu poświaty, jaką rzucała na pokój nocna lampka. Taki fetysz! Nie ma co…
16.03.2008 :: 15:24



Koloryt zmienności

Mój pokojowy świat nie zawsze jest szary. Pewnie wydawać by się mogło, że otoczenie, w którym powstają kolejne notki na bloga to miejsce oświetlone jedynie szarówką lampki nocnej lub ewentualnie księżycem zza oknem, gdy wkroczył w fazę pełni. Własny pokój to nie tylko łóżko, roślina doniczkowa naprzeciwko mego posłania, czy zaparzona melisa lub inna herbata na dobranoc. Każdy wieczór jest inny – co noc jest inaczej! Nie zmienia się nic, a jednocześnie wszystko! Szczegóły… Tak! To właśnie one! Filiżanka gorącego płynu może być zastąpiona schłodzoną czerwoną herbatą prosto z butelki. Kartka, na której piszę nie musi wcale pochodzić z zeszytu, lecz z teczki pt. AKTY PRAWNE. Na jej odwrocie zaś znajdują się przepisy końcowe Ustawy o przeciwdziałaniu alkoholizmowi i wychowaniu w trzeźwości… Sęk przecież tkwi w szczegółach! Tylko, a może aż w nich! One są wyróżnikiem naszego życia, chociażby ich głównym zadaniem miało być jedynie nieskazanie nas na monotonię! Przykłady? Proszę bardzo! Chociażby ta podkładka pod kartką, na której powstają kolejne litery! Dziś stała się nią nieprzeczytana jeszcze powieść Adrieja Kurkowa. Kolejnym odróżnikiem są chociażby gumy BIG RED, których nie żuję codziennie, albo nowy aparat telefoniczny na stole. Zapomniałbym jeszcze o plecaku leżącym inaczej niż zwykle, dokumentach na stole, kawałku ciasta na talerzyku, otwartej Małej Encyklopedii Prawa, Fenistil żelu i książeczce wojskowej. Oprócz tych wszystkich rzeczy są jeszcze pewnie miliony innych, połączonych jednym wspólnym motywem – pomysłem na kolejną historię…
14.08.2007 :: 23:00



Seks i wiara

Wynajęty pokój… Słowacja… Noc… Wnętrze pomieszczenia wypełnione dźwiękiem naszych zsynchronizowanych oddechów oraz stukotu łóżka poruszającego się analogicznie do naszych ciał. W powietrzu czuć zapach seksu i wina – ciężka mieszanka… Po kwadransie ten swoisty rytuał dobiegł końca. Łyk wspomnianego wcześniej trunku, wyznanie miłości i długi pocałunek na dobranoc… Czego chcieć więcej? Czyż nie piękne jest zasypiać mając w ramionach ukochana kobietę?

Sen nadszedł szybko – wcale nie musiałem się do niego zmuszać. Wyraźny, zrozumiały, mistyczny – powiedziałbym wręcz psychodeliczny! Śniłem o czymś w podobie festiwalu – pełnego rozśpiewanych ludzi. Jego punktem kulminacyjnym było pojawienie się świetlnego słupa, łączącego niebo i ziemię. Usłyszałem głos… Męski, zdecydowany… Nie zapomnę tych słów do końca życia… W to, co tutaj się właśnie dzieje wielu nie uwierzy. Uwierz za to ty… I uwierzyłem, chociaż do dziś nie wiem, co to było…
01.07.2007 :: 18:30



Life is brutal

- Life is brutal! Uświadom to sobie wreszcie! – z irytacją w głosie tłumaczył mi sprawę załatwienia zioła pewnemu małolatowi Dariusz
- Dokładnie! – wtrącił Mietek – Myślisz, że taki Malik miałby skrupuły?
- To nie tak… – próbowałem się bronić
- Zioło póki co jest nielegalne – ciągnął dalej swój wywód Dariusz – więc w tej kwestii, inaczej niż w handlu detalicznym to sprzedawca ma więcej do powiedzenia niż kupujący. Nie masz znajomości licz się z tym, że Cię ktoś wyjebie w najlepszym wypadku na palenie, jak nie na flotę. Takie życie! W końcu wielkiej krzywdy mu nie robimy. Właściwie to przysługę… Nie miał skąd to mu załatwiłem. Myślisz, że chce mi się za dziękuję biegać i narażać się dla takiego Malika? Za dychę w razie W miałbym pewne sanki. Też coś muszę z tego mieć. I tak Chudy zarobił, my też, bo więcej spalimy – wreszcie Malik też jest zadowolony. Kapujesz?
- Nie no OK! W sumie masz rację – poddałem się nie do końca jednak przekonany – Skręć lepiej spliffa – zapalimy!
- Właśnie – wtrącił Kropla – Bez ciśnień panowie!


Mieli rację bezsprzecznie, co do kwestii znajomości i kontaktów, w sprawie brutalności życia również. Ale w sprawie uczciwości – na pewno nie! Człowiek z natury jest dobry, ale zło, jakie stwarza ten świat emanuje na niego nadzwyczaj silnie, krzywiąc jednocześnie jego zasady etyczne. Life is brutal? Prawdopodobnie tak! Ale bardziej prawdziwie brzmiałoby World is brutal…
19.06.2007 :: 11:00



Nocne pisanie

Zapal papierosa, a poczujesz ulgę. Równie dobrze możesz zastąpić go kieliszkiem wódki lub tabletka nasenną. Przecież to taki sam narkotyk. Dziś jednak nie weźmiesz nic, bo to sprowadziłoby Cię do roli niewolnika… Niewolnika emocji – własnych urojonych sposobów na rozwiązywanie problemów. Zostaniesz sam ze swymi natrętnymi myślami i mimo walki ich nie zwyciężysz, lecz padniesz pod ich razami. Bez znieczulenia, bez litości nad samym sobą… Sam we własnym świecie, pośród przewijających się przez głowę obrazów z oglądniętego ostatnio filmu, bądź przeczytanej książki. Sam…

Siedziałem wieczorem na podwórku czekając na mojego ojca. Pojechał do pracy, chociaż było niewiele przed północą. No cóż – praca kierownika magazynu obliguje do działania i dyspozycyjności. Tato naprawdę poświęca się dla naszej rodziny… - pomyślałem. A ja? Rewers zarobionych przeze mnie pieniędzy spadł na beton strząśnięty wraz z popiołem. Zaciągnąłem się awersem… Poczułem ulgę… To już koniec – pomyślałem – Moje przygoda z marihuaną zbliża się ku końcowi. Dziś może pale spliffa ostatni raz w życiu… Lub jeden z ostatnich razy…W głowie miałem teorię dotyczącą korzystnego oddziaływania THC na mózg, która za moment uleciała, bo załamanie światła księżycowego padającego na trzepak skierowało moje myśli ku sprawom mojej przyszłości. Tego, że za niewiele ponad rok założę rodzinę i wreszcie będę musiał zadbać już nie tylko o siebie… Czy dam radę? – nasunęły się wątpliwości – Może jestem stworzony do życia w samotności? Te i podobne myśli uleciały niczym senne koszmary, gdyż w oddali zobaczyłem błysk świateł nadjeżdżającego samochodu… To był mój ojciec. Zaciągnąłem się dymem jeszcze kilkakrotnie pstrykając na koniec niedopałkiem za ogrodzenie… Nocne przemyślenia – dobranoc!
18.06.2007 :: 19:30



Reality is an illusion caused by a lack of dreams

Kilka dni temu miałem sen – sen tak prawdziwy, że jego szczegóły pamiętam tak dobrze, że gdy zamknę oczy w wyobraźni, niczym hipnagogi, rysuje się obraz świata, który wówczas widziałem. W gruncie rzeczy opisywanie snów wydaje mi się głupie – nigdy nie miałem proroczych wizji, czyli takich, z których jestem w stanie odczytać przyszłe wydarzenia, przed ich dokonaniem, ani moje sny nie były jakieś pasjonujące – pełno w nich, nawet dla mnie niezrozumiałego absurdu, więc co najwyżej mogłyby stanowić fabułę jakiegoś podrzędnego filmu science-fiction. Nie wiem, więc kogo by mogły zainteresować…


Ten sen był jednak inny. Bardzo wyraźny i jednocześnie realny. Śniło mi się, że jechałem samochodem, paląc jointa. Droga, która podążałem była dziwnie zapętlona – niby znajoma, a jednak niektóre z zakrętów widziałem po raz pierwszy. Wydawało mi się, że skądś znam te mijane miejscowości, ale równie dobrze mógł to być efekt THC – ja naprawdę czułem skutek palenia marihuany w czasie snu (sic!). Czy to normalne i wyobrażalne? Najwidoczniej… Najdziwniejsze jednak były mijane z przeciwka samochody, wśród których jedynie te koloru białego miały włączone światła. Zastanowił nie ten fakt niesłychanie. Cóż to miało znaczyć? Czy całe to zdarzenie miało jakiś głębszy sens? Podróż trwała długo – nieprawdopodobnie długo – jednocześnie była dość monotonna. W pewnym momencie przed sobą zobaczyłem czarną ścianę, chciałem wyhamować, ale nie zdążyłem. Wjechałem w tą ciemność…

Sen się skończył, a ja rano obudziłem się dziwne spokojny, aczkolwiek zadumany nad jego znaczeniem…
17.04.2007 :: 21:30