Maciek

Była wiosna lub jesień – nie pamiętam dokładnie. Z nieba padał kapuśniaczek i było nadzwyczaj ciepło. Światła miasta rozjaśniały horyzont, a deficyt ludzi na ulicach wskazywał późną porę. Pod „Ewą Reginą” stał jakiś etatowy pracownik paląc papierosa. Widocznie na kogoś czekał. Pewnie skończył wcześniej robotę lub zabalował w jakimś barze i jak ja kombinował, jak tu się dostać do domu, pomimo braku autobusu. Najwyraźniej też się spóźnił, bo w obrębie przystanku nie było poza nami żywej duszy. Pod drugiej stronie ulicy przechodziła para trzymająca się za ręce. On z plecakiem z naszytą pacyfka, ona o rudych włosach, niska, wyraźnie utykająca na lewą nogę. Może zwrócili moją uwagę dlatego, że pasowali do siebie, jak wół do karety, a może że głośno się śmiali? I don’t remember. Zapatrzony w nich nie zastanawiałem się co ich tak śmieszy, czy on ją kocha lub czy po prostu gapię się na nich z braku ciekawszego obiektu w zasięgu mojego wzroku. Oparty o filar budynku, w którego wnętrzach znajduje się salon meblowy, nie dostrzegłem go, gdy wychodził od Studniarskiego. Dopiero, gdy usłyszałem czyjeś kroki i pochlipywanie zauważyłem, ze to był on. Maciek. Nie widziałem się z nim dobry rok. Jego pojawienie się było jak wspomnienie, jak powrót w czasie. Góra się z górą nie spotka, ale człowiek z człowiekiem… Ubrany w szerokie, szare bojówki, skórę szwedkę , z nałożonym na głowę kapturem, a spodnim kaszkietem wyglądał na ziomka z pobliskiego osiedla. Szedł ze spuszczoną głową, pochylony do przodu, z lekka chwiejnym krokiem. Wyraźnie łkał.

- Maciek? – zapytałem, gdyż w momencie gdy zrównał się ze mną straciłem całą dotychczasową pewność co do jego osoby – To Ty? Co się stało?

Przystanął i odwrócił się w moim kierunku. Podniósł głowę i dostrzegłem, że w jego oczach szklą się hektolitry łez. Próbował się opanować, ale jego pogrubiony głos, wyraźnie wskazywał, ze coś dogłębnie go poruszyło. Przywitał się ze mną i pełen rozbrajającej szczerości, która z reguły dotyka ludzi w sytuacjach trudnych, z którymi nie mogą sobie poradzić zaczął opowiadać. Mówił o żonie, o córce, która się mu niedawno urodziła i o matce, która została we Włoszech. Wyraźnie się uspokoił, lecz dalej nie mogłem doszukać w jego słowach żadnej przyczyny jego wcześniejszego łkania. Nie śmiałem się zapytać, choć ciekawość mnie zżerała. Jego słowa zupełnie kontrastowały mi z pamięcią, w której pozostał jako pijak i lekkoduch. Ludzie się zmieniają, ale w przeciągu tak krótkiego czasu zmiany rzadko bywają tak diametralne. Ale Maciek? Coś mi w tym wszystkim nie pasowało. W tej całej układance, było coś jeszcze, czego się domyślałem. Obawiałem się jednak zapytać. Wiedziałem, że wcześniej, czy później się otworzy. Widać było że nigdzie się nie spieszył, a to że spotkałem go akurat tego ciepłego wieczoru było spowodowane tym, że chciał pozbierać myśli, po stracie kogoś bliskiego. Skąd o tym wiedziałem? Intuicja i wyraz jego twarzy pełnej bólu. Bezsilnego bólu.

- Dziś pochowałem ojca. – zaczął po chwili ciszy jaka nastąpiła w naszej rozmowie. Musiał się wygadać. – Miał raka. Kilka przerzutów. Nie cierpiał długo, raptem trzy tygodnie.
- Moje kondolencje – powiedziałem – Nie wiem jak to jest, ale na pewno nie jest Ci lekko.
- To straszne doświadczenie. To straszne…


Umilkliśmy. Widziałem jak z jego oczu, które w czasie rozmowy się osuszyły wyciekły dwie wielkie łzy. Było mi głupio. Czekałem, jak się otworzy, jak dziecko na gwiazdkę, domyślałem się że zmarł mu ktoś bliski. Czułem się podle. Postawiłem się w jego sytuacji, a moją głowę natychmiast nawiedziły miliony różnych, najczęściej złych, myśli. Po chwili ciszy, pewnie chcąc odwrócić uwagę od bolesnego braku dialogu, który trwał zawieszony gdzieś pośród nocnych dźwięków miasta, wyciągnął piersiówkę i obaj wypiliśmy po łyku wspominając jego zmarłego ojca. Później rozpoczął diatrybę o kłopotach dnia codziennego, o pracy, o rodzinie. Słuchałem, go i raz za razem pociągałem w swojej kolejce łyk z metalowej menażki. Gorzka żołądkowa, mimo że słodkawa spływała do żołądka, podnosząc o kilka stopni temperaturę otoczenia. Mówił o AA, o tym, że nie czuł alkoholu w ustach siedem miesięcy. Generalnie chciał się wyżalić…

Nim się spostrzegłem nadjechał mój autobus. Przegadaliśmy prawie dwie i pół godziny, a to było niesamowite, bo czas tak jakby znikł. Pożegnałem się z Maćkiem i poprosiłem, go aby nie pił już więcej tego wieczoru. Aby nie pił już w ogóle. Z tego co wcześniej mówił po urodzeniu córki przestał szukać szczęścia w alkoholu, właśnie aż do dnia śmierci ojca. Wtedy wszystko wróciło. Wiedziałem, że alkoholizm, nie pozwoli mu pić umiarkowanie i całe te miesiące w trzeźwości tak naprawdę przepadły w otchłań nałogu. „Powinienem odmówić, gdy mnie częstował” – pomyślałem, gdy stałem w drzwiach do rozpadającego się „ogórka” z napisem PKS. Odwróciłem się do niego i cicho powiedziałem:

- Nie pij już więcej! Masz żonę i dziecko – masz dla kogo żyć.

Nie odpowiedział. Poszedł w kierunku swojego bloku, a ja, mimo że z lekka rozgrzany 40% specyfikiem wiedziałem, że mnie nie posłucha i będzie pił dalej, aż coś się znowu wydarzy…

Na szczęście stało się inaczej. Zdziwiłem się gdy dowiedziałem się o tym od znajomego, jakiś czas później. Maciek się zmienił, a słuchanie opowieści o nim było niesamowite. Przypomniały mi się jego wcześniejsze wybryki, to spotkanie i mimo tego, co mi wówczas mówił, nie pomyślałbym o nim tak jak myślałem wtedy, gdy relacje o nim zdawał mi nasz wspólny znajomy. To nie był ten Maciek – ten o którym słyszałem był lepszy o wiele, od tego którego pamiętałem z mej niezbyt chlubnej przeszłości, a nawet od tego którego spotkałem opisywanego wieczoru. Gdzieś w mej głowie zobaczyłem, że to nie ja jestem lepszy, lecz on choć często wybielałem się i usprawiedliwiałem przed sobą, porównując się do znajomych z czasów, o których już nie chce mi się pisać… Choć to nie skromne, wierze że te słowa, które rzuciłem do niego na odchodne tak podziałały. Tak dla siebie, bo wstyd mi że się wtedy z nim napiłem…
22.03.2009 :: 14:40



Historia recydywisty z Ustrzyk

Było grubo po 23. Wracałem do domu od Anity. Na szosie wiało nocną nudą. Późnym wieczorem, gdy dzień już zbliża się do magicznej godziny duchów, życie powoli zamiera tez w mieście. Zamknięte sklepy, zakłady pracy, biura wreszcie maja czas na odrobinę oddechu przed zgiełkiem miasta. Nieczęsto można dostrzec jedynie pojedynczych pieszych sunących się wzdłuż drogi, po której, z mniejszym niż za dnia nasileniem, pędziły samochody. Przechodnie ubrani lekko, bo pora w końcu ciepła, kroczyli po pracy ku własnemu domostwu, na towarzyskie spotkania lub w kierunku sobie tylko wiadomego celu. Światła latarni rozgrzewały ochłodzoną przez ciemność, taflę asfaltu, a mijane z okna samochodu widoki ugrzęzły gdzieś w niepamięci, pośród zapamiętanych jedynie szczególików. Na stacji paliw stały z dala od dystrybutorów dwie czarne „beemki”, z których wyłaniały się sylwetki dobrze zbudowanych młodych mężczyzn. Wyglądali, bo byli lub co bardziej prawdopodobne chcieli być postrzegani za takich z którymi nie rozważnie jest zadzierać. Ich widok jednak szybko stał się jedynie niedokończoną myślą, gdyż wraz ze wzrokiem umysł przeniósł się w kierunku tylnego lusterka, w którym zobaczyłem świecący dach taksówki. W pierwszej chwili zaskoczył imitacją policyjnego koguta, lecz po chwili przybrał właściwe kształty. Taksówkarz pędził dość szybko, po całkiem przyzwoitej, jak na polskie warunki, drodze w kierunku znanym jedynie jemu. Gdy za kilka sekund dostrzegłem jeszcze jedną osobę w jego pojeździe zdałem sobie sprawę, że cel ten stał się tożsamy z założeniem podróżującej osoby. Wiele, mimo pustej pory minąłem pojazdów, lecz jedynie sylwetka tego jedynego kierowcy utkwiła mi w pamięci. W dzień łatwiej dostrzec postaci wszelakich uczestników ruchu drogowego, co nie oznacza, że równie łatwo je zapamiętać, dlatego wszyscy ci rowerzyści, kierowcy i piesi giną w mroku stu tysięcy sobie podobnych, wśród milionów myśli, gdzie nie możliwe się staje ich odtworzenia. Ulatniają się z pamięci pewnie nawet szybciej, niż sylwetki osób mijanych w nocy, gdyż te ostanie budzą skojarzenia – nie są tylko jednolitą, choć kolorową masą.

Janek wśród mas był brylantem. Objuczony torbą o sporej zawartości, kroczył dumnie środkiem jezdni. Lecz paradoksalnie nie stanowił zagrożenia. Pewnie przez całą sytuację, w której znaleźliśmy się ja i recydywista z Ustrzyk. Czemu niby miałbym go nie podwieźć? Zgodnie z którymś z noworocznych postanowień założyłem wypełnić przynajmniej jeden dobry uczynek w ciągu dnia. Tylko jeden lub aż jeden. Janek śmierdział tanimi papierochami i nie w pełni, jeszcze przetworzonym na aldehyd octowy alkoholem. Wielu pewnie nazwałoby go śmieciem. Dla mnie był bliźnim. Cóż z tego, że wyszedł kilkanaście minut wcześniej z hotelu, w którym nocleg, przymusowy rzecz jasna, kosztuje grubo ponad dwie stówy? Czy fakt, że tydzień do tyłu przebywał jeszcze w zakładzie karnym stanowił przeszkodę, przez którą nie podałby mu ręki?

Człowiek, który trzy lata spędził w więzieniu ma żal do wszystkich. Przecież był niewinny. Janek żalu nie żywił do nikogo. Sąd go skazał, bo popełnił błąd – pobił człowieka. Co z tego, że udowodniłem mu, że jestem silniejszy? – zapytał retorycznie – On dostał odszkodowanie, a ja pasiak. Nie miał żalu. Nie wstawiał się także, za synem którego skazano na 10 lat pozbawienia wolności za pobicie ze skutkiem śmiertelnym.

Należało mu się – opowiadał – Człowieka zabił … Gadałem z nim. Żadnej skruchy. Z premedytacją bił, kopał. I to człowiek?! To syn?! Krew z mojej krwi. Kopał, bił, a gość już leżał. Bez ruchu. Kto wie czy jeszcze żył. Skruchy żadnej. Powiem Ci, boś jest dobry człowiek. Mnie pijaka z ulicy wziąłeś. Ja przez wódkę się stoczył. Żonę stracił, rodzinę. Przez wódkę syn mój człowieka zamordował. Przez wódkę ja w więzieniu siedział. Jak ja młody był, w piłkę grałem. W Karpatach Krosno na skrzydle. Najpierw w trzeciej, a później drugiej lidze. Potem mnie sprzedali do pierwszej ligi do Mielca. W Stali grał chwilę. Tam wszyscy pili. W Karpatach też pili, więc i ja pił. Piłkarze wszystkie chleją. Jedne umiar mają trochę. Inne, tak jak ja nie mają. Kopał ja w piłkę, a później chlał. I tak w kółko. Perspektywy były, ale wódka mnie zniszczyła. Życie sobie zmarnował. Rodzinę stracił, żonę, matkę, dzieciaki… Przez wódkę, przez wódkę…

Gdy na skrzyżowaniu Krakowskiej i Pułaskiego skręciliśmy w kierunku dworca PKP mijając po prawej budynek kuratorium, Janek poprawił swoje bagaże. Dwie torby, w których miał pewnie jakieś łachy, wypchane były na siłę. Z czarnego plecaczka pasującego bardziej do dwunastoletniej dziewczynki, niż do czterdziestoparoletniego mężczyzny, wystawała rączka parasola. Z kieszeni dresu widoczne były „papiery z puchy”. Wysadziłem go przed głównym wejściem. Wyszedł, pożegnawszy się uprzejmie. Życzyłem mu wszystkiego dobrego. Widziałem, go jeszcze w tylnym lusterku przez moment, jak rozmawiał z kimś przed drzwiami dworca. Jakąś minutę później zatrzymała mnie policja. Do rutynowej kontroli…
02.06.2008 :: 22:01



Opowieść niemieckiego repatrianta

Sobotnie popołudnie, czyli nuda – jak zawsze o tej porze na parkingu. Siedziałem na ławce z lewa słuchawką wciśniętą do ucha, z której sączyły się leniwie wypowiadane przez kobiecego lektora angielskie słówka i zwroty. Poprzedzały je polskie odpowiedniki. Poproszę paszport – Can you have your passport please? Tak. – Yes. Jak się nazywasz? What’s your name? Wszystkie te wyrażenia płynęły po kablu wprost do mojego ośrodka słuchu... Powoli zaczynało robić się mocno miętowo. Przymknąłem oczy próbując wygrać w starciu z Morfeuszem, ale to on miał przewagę. Nagle ze stanu uśpienia wyrwał mnie hałas wjeżdżającego na parking pojazdu. Otworzyłem momentalnie oczy. Przede mną stała czarna Honda Civic, z której wyszedł starszy, lekko szpakowaty mężczyzna. Po werbalnej wymianie informacji dotyczącej opłat za postój usiadł obok mnie na ławce...

Wie Pan! Na żonę czekam, bo wraca właśnie z Niemiec. Od syna. Dzwoniła niedawno. Wyjechali niedawno z Katowic, więc pewnie ponad godzinę postoję. Sindbadem wraca. Mówię Panu! Potężna firma się zrobiła. W całej Europie znana. Zresztą wygoda i komfort, jak w niemieckim szpitalu. Mój Boże! Kilka miesięcy leżałem w Mannheim, więc wiem. Źle ze Mną było. Bardzo źle! Dwa dni po przyjęciu, w nocy, lekarz dzwonił do mojej żony, żeby przyjechała, bo nie dożyję do rana. Pan Bóg jednak czuwał! Widział Pan ludzi z Auschwitz po wyzwoleniu? Ja wyglądałem znacznie gorzej po wyjściu ze szpitala na pierwszą przepustkę. Cztery miesiące kroplówka. Nic nie miałem przez ten czas w ustach. Pewnie się Pan zastanawia, co mi było, nie? W brzuchu pękła mi tętnica, a krew się wylała do środka. Zakrzep powstał! Olbrzymi! Lekarze mówili, że coś takiego pierwszy raz widzieli. Zanim do szpitala trafiłem to trwało dobre dwa tygodnie. Mówię Panu! Nic mnie nie bolało. Nie wiedziałem nawet, kiedy to mi się stało. Poczym! Dopiero niedawno doszedłem, że to mogło być przez takie jedno zdarzenie. Chciałem skrócić ceownik. Naciąłem go tylko. Myślę sobie: „Jak stal, to się przecież złamie, jak na nie naskoczę!” Skoczyłem. Złamało się, tylko ja poczułem ból gdzieś w środku. To był moment. Przeszło po kilku minutach. A tu się okazuje, że to chyba wówczas mi ta żyłka pękła. Tak jak Panu mówiłem – chodziłem z tym chyba ze dwa tygodnie. I nagle w domu ciach! Zemdlałem! Żona od razu pogotowie wezwała. Lekarze nie wiedzieli co mi jest. Dopiero prześwietlenie wykazało, że koło wątroby takie coś wielkiego mi się utworzyło. To był zakrzep, a ta krew już powoli zaczynała gnić! Nastąpiło zatrucie. Nadgniły mi: wątroba, nerka i żołądek. Od razu mnie na operacje do Mannheim helikopterem przewieźli. Po udanej operacji byłem w śpiączce 2 miesiące. Gdy się obudziłem to była sensacja. Telewizja przyjechała! Pokazywali mnie, bo byłem pierwszym i jedynym, który wyszedł cało z czegoś takiego. Prze prawie rok mnie rehabilitowali. Wszystkiego się na nowo uczyłem. Chodzić, mówić. Byłem jak niemowlak. Bóg jednak pozwolił jeszcze żyć. Gdyby to się stało w Polsce już by bujna trawa nade mną rosła. Gdyby nie los… Gdyby nie Bóg! Wie Pan! Pochodzę z tego regionu, spod Tuchowa. Za młodu życie przesiedliło mnie na Śląsk. Przez kilkanaście lat pracowałem w kopalni. Pod ziemią, na ścianie. Tam na Śląsku poznałem swoją żonę – Ślązaczkę, Niemkę z pochodzenia. W latach 70 wyjechaliśmy do RFN. Później mieszkaliśmy kilka lat w Austrii – we Wiedniu, ale znów wróciliśmy do Niemiec. Po tym wypadku, za pieniądze z odszkodowania, chciałem kupić Mercedesa S – klasy. Myślę sobie jednak: „ Po cholerę mi taki samochód? Przecież tańszym tez będę jeździł! Coś mi mówiło, aby wrócić do kraju. Wybraliśmy się więc z żoną w moje rodzinne strony. Długo jechaliśmy, bo przeszło tydzień. Mi się nie spieszyło. Słaby byłem, bo to kilka miesięcy po rehabilitacji. Jak dojechaliśmy, to żona się pytała mnie: „Jak się czujesz?” Ja jej odpowiedziałem, że „chyba jeszcze coś ze mnie będzie, bo czuję się całkiem dobrze.” W czasie tego pobytu, od krewnego, dowiedziałem się, że w Pleśnej jest do kupienia ładna działka. Kilka lat temu to było, więc jeszcze ceny nie były tak wysokie. Mówię żonie: „Kupmy! Pieniądze są! Samochód się rozleci, a ziemia zostanie!” Zgodziła się. Na tej działce postawiliśmy mały domek. Żona sobie ogród zaprojektowała. Mówiec Panu! Śliczny! I tak teraz jakoś… O! Widzi Pan! Sindbad przyjechał. Idę po małżonkę i bagaże. Albo nie! Wie Pan co?! Zapłacę od razu za parking. Ile to będzie? 3 złote? Trzymaj Pan dychę. Niech Pan reszty nie szuka. Rest für Sie! Aufwiedersehen!
18.02.2008 :: 23:33



Bin Laden: Opowieść pijaka

Widziałeś tego sokistę? Tego niskiego z wąsem. Co? Nie wiesz który? Ten taki krępy, niski. Mówię Ci! Słoma mu z butów wystaje! Kawał ścierwa! Pfu! Wczoraj na „Secesję” wchodzę. Popołudniu. Wiesz – po zupę. A ten siedzi i obiad żre. Nic go nie zaczepiałem. „Dzień dobry” tylko mówię, bo kultura wymaga. Tych wszystkich sokistów i policjantów z dworca to znam przecież. Wszystkich. A ta szmata do mnie znad talerza: „Spierdalaj stąd gnoju!” I mnie opluł wieśniak pierdolony. Tak za nic po prostu. Jak się nie zamachnąłem i jeb mu w pysk. Pięścią! Tak dostał, że nogami się nakrył, stolik i talerze poprzewracał. Farbę z nosa puścił. Ci z „Secesji” to od razu na interwencje zadzwonili, a ja nie uciekałem, tylko zupę se wziąłem i jadłem. Nawet się za tą kurwą nie oglądałem. Jak policja przyjechała to mnie zabrali do suki. Pijany to wcale nie byłem. Z rana to żeśmy tylko ze dwie flaszki wypili. Nie więcej… I jak mnie te psy prowadziły, to się mnie pytali: „Coś Bin Laden znowu nawyprawiał?” Ja mówię, że nic, a oni, że gdyby nie interwencja to by mnie puścili, a tak nie mogą. „Ten sokista to faktycznie kawał kutasa i dobrze żeś mu przypierdolił” – mówił ten taki wielki pies. Wiesz który? Ten taki gruby, co jak beczka wygląda. Był z nim jeszcze taki jeden, co to z moim synem do szkoły chodził. I on mówi, że biorą mnie na izbę, potrzymają do rana i wypuszczą. Faktycznie wyszedłem dziś rano. A tego chuja to kiedyś zajebię. To jego trzecie ostrzeżenie było! Teraz tylko czekam, jak moi ludzie wrócą z Niemiec. Do domu nie dojdzie! Złapią, wywiozą w las, do drzewa przywiążą i potrzymają przez tydzień o chlebie i wodzie. Nie będzie wiadomo co i kto. Później, jak gad zmądrzeje puszczą gołego i niech spierdala. Nikt nie będzie wiedział. A jak coś wyjdzie to przecież drugi raz kary śmierci nie dostanę. Już raz mi w stanie wojennym czapę dali. Tymi rękami dwóch zomowców załatwiłem. Tymi rękami! I ich własną bronią! Bo jakbym tego nie zrobił, to bym teraz leżał pod ziemią zamiast nich. Sąd Najwyższy mnie zamienił stryczek na 25 lat pierdla, ale i tak 1,5 roku w celi śmierci przesiedziałem. I co? I chuj! Wypuścili mnie! Dobra idę, bo mam parę rzeczy na mieście do oblatania. I butelkę wódki w tej reklamówce! Trzymaj się! Trzeba to wszystko przetrwać! Wiesz jak jest! To ci Kazek mówi, bo go życie nauczyło. Żegnam.
14.02.2008 :: 00:56



Przypadek Justyny - nimfomanki

Często wracając po zajęciach do domu dopada mnie dziwna zaduma. Chwytam wówczas za walający się w plecaku długopis i kawałek kartki, pokrywając tą cząstkę przetworzonej celulozy kolejnymi literami, tworzę pseudo poetyckie utwory. Zamyślony, nie zwracam wówczas uwagi na nic co dzieje się dokoła mnie, jedynie mimochodem, w chwilowym powrocie do rzeczywistości PKP, dolatują mych uszu strzępki rozmów innych podróżujących. Zdaje sobie wtedy sprawę, że oprócz mnie, w przedziale znajdują się też inni ludzie, którzy z jakiś niezrozumiałych przyczyn współdzielą ze mną podróż.

Dziewczyna była niewątpliwie mężatką, na co wskazywała błyszcząca na jej prawej ręce obrączka. Oprócz jej i mnie w przedziale nie było nikogo innego. Miałbym problem chcąc określić, czy należała do gatunku brunetek, czy też blondynek, gdyż jej głowę zdobił pstrokaty balejaż. Ubrana była w dżinsowe biodrówki i błękitną rozpinaną bluzkę, która podkreślała jej sporych rozmiar piersi, które podnosiły i opadały, w momencie, w którym pociąg przejeżdżał przez zwrotnicę. Zajęta lekturą jakiegoś kobiecego czasopisma, nie zauważyła, że od pewnego czasu wyrwany znad kartki brakiem odpowiedniego słowa, przyglądam się jej bezmyślnie, próbując znaleźć odpowiedni synonim i odzyskać wenę, która wyleciała gdzieś daleko. Pewnie przez uchylone okno!

W pewnym momencie podniosła wzrok znad bogato ilustrowanego czasopisma i nasze spojrzenia się skrzyżowały. Uśmiechnęła się – ja odpowiedziałem tym samym, sięgając jednocześnie po leżącego na kolanach Stasiuka, w nadziei, że jego mroczne opisy, zadziałają niczym magnes na natchnienie i wróci ono przyciągnięte siłą patosu, połączonego z liryzmem… Wtem otwarły się drzwi, a do środka wszedł konduktor żądając od nas okazania biletów i dokumentów uprawniających do przejazdu ulgowego, po czym kreśląc niedające się rozszyfrować bohomazy na biletach, udał się w poszukiwaniu potencjalnych gapowiczów do kolejnego przedziału, a jego wejście stało się bodźcem do nawiązania konwersacji.

Miała na imię Justyna, studiowała zaocznie politologię na Uniwersytecie w Rzeszowie i właśnie wracała z przedłużonego studenckiego weekendu. W ciągu kolejnych kilkunastu minut rozmowy dowiedziałem się, że w ponad stu metrowym mieszkaniu trzyma parę papużek falistych, które chyba cudem jeszcze niezadziobały się na śmierć, chomika i trzy koszatniczki. Opowiadała także, że trenowała kiedyś piłkę ręczną i siatkówkę, ale nabawiła się kontuzji. Większa część jej opowieści zawierała jednak szczegóły dotyczące jej małżeńskiego pożycia. Na męża narzekała, bo po ślubie okazał się być pracoholikiem, zainteresowanym jedynie karierą, swoimi klientami i grą w kręgle.

Skarżąc się na małżonka koniecznie chciała dowiedzieć się, czemu noszę na lewym palcu obrączkę i po co trzymam na kolanach zeszyt i długopis. Zanim zdołałem jej odpowiedzieć przesiadła się z naprzeciwko, na miejsce obok. Zarumieniłem się, a ona wziąwszy na wpół zapisaną kartkę próbowała cokolwiek odczytać z moich bazgrołów, co udało jej się niezupełnie, nie licząc pojedynczych słów. Gdy dowiedziała się, że to niedokończony wiersz powiedziała słowa, które zupełnie mnie zaskoczyły:

- Ty jesteś tym facetem z mojego snu. Napisałeś dla mnie wiersz! Teraz powinnam Cię zaprosić do siebie i …
- Przykro mi, ale nie skorzystam z Twojej propozycji. – przerwałem jej czerwieniąc się – Właśnie wysiadam. To już prawie Tarnów.

Szybko schowawszy do plecaka książkę i zeszyt, zdjąłem z wieszaka kurtkę, a wychodząc rzuciłem szybkie: „Do widzenia”, zostawiając tą w gruncie rzeczy nieszczęśliwą kobietę samą w przedziale…
13.01.2008 :: 23:08



Patologia

Prawdziwa patologia! Wiele razy słyszałem te słowa i często zastanawiałem się, co kryło się pod pojęciem patologii. Cytując prof. Mariana Lipkę, patologią społeczną nazywamy zjawisko społeczne związane z zachowaniem się jednostek lub grup społecznych niezgodnym z obowiązującymi wartościami danej kultury. Krótko mówiąc bieda, smród i głód. Zarówno w mieszkaniu, jak i w życiu. Tyle teorii!

Mieszkanie kilku patologicznych rodzin miałem okazję zobaczyć z bliska parokrotnie. Wszystkie charakteryzowały się przede wszystkim panującym tam bałaganem, brudem, który wylewał się dosłownie z każdego kąta i okropnym fetorem, będącym swoistą mieszanką zapachów: alkoholu, papierosów i potu. Nie ma się jednak co dziwić, skoro u niejakiego Maksyma na 40m2 mieszkało 12 osób, dwa psy i … kura. Jego ojciec przesiedział w więzieniu większą część swojego 40 letniego życia. Swoim siedmiorgu synom, oprócz nazwiska przekazał przede wszystkim smykałkę do kradzieży…

U „Młodego” w mieszkaniu z kolei nie zdejmowało się butów, a do parterowego domu wchodziło się przez balkon. Ojciec pracował jedynie dorywczo, matka w ogóle, często lubili wspólnie wypić. Brat Jurka, Darek po pijanemu udławił się własnymi wymiocinami i zmarł. Pamiętam tą sytuację dobrze, bo była to olbrzymia tragedia i nawet w lokalnej gazecie o tym pisano. Młodszy brat „Młodego” nie został skazany przez Sąd Rodzinny na umieszczenie w placówce opiekuńczo – wychowawczej tylko dlatego, że kradzieże, których dokonał miały miejsce przed ukończeniem przez niego 13 roku życia.

Michał wraz z ojcem z kolei mieszkał w kamienicy, a w lokalu panował względny porządek. Ba! Nawet rzec by można było, że czystość panowała. Problem polegał na tym, że jego ojciec był alkoholikiem wypijającym ogromne ilości wódki. Jak sam mówił: „mleka już nie raz mi zabrakło, chleba i masła też, ale wódki jeszcze nigdy i przenigdy do tego nie dopuszczę”. Michał za to potwornie ćpał, zresztą jak wszyscy wymienieni w tej notce…
05.12.2007 :: 18:30



Cheeseburger wieczorową porą

Rzadko korzystam z barów serwujących produkty typu fast food, gdyż spożywanie zbyt często tej „żywności” jest niewątpliwie szkodliwe. Poza tym wolę za pieniądze wydane na hamburgera i colę, kupić sobie pomidora, ogórka, puszkę kukurydzy oraz jogurt naturalny i ze wspomnianych składników przyrządzić pyszną sałatkę, a zamiast coli zaparzyć zieloną herbatę, bądź Pu-erh.

Tym razem jednak, będąc po kilku piwach, nie myślałem wcale o zaletach zdrowotnych pokarmu, jaki przyjdzie mi spożywać, lecz o tym ażeby jak najszybciej zaspokoić głód. Przechodząc obok baru „Frasses”, wstąpiłem rzecz jasna do środka, nie zwracając najmniejszej uwagi na wiszącą na drzwiach tabliczkę z godzinami otwarcia lokalu. Wewnątrz okazało się, że knajpka czynny jest do 22.00, ale pomimo godziny prawie 23.00, udało mi się zamówić cheeseburgera, za którego miałem zapłacić kilkadziesiąt groszy więcej, niż przewiduje cennik.

Pomijając jawną próbę wyłudzenia ode mnie kilku groszy i niewątpliwą chęć nabicia własnej kieszeni nie oponowałem. Wszak w pewien sposób wtargnąłem tam bez pardonu, poza godzinami otwarcia i dlatego byłem skłonny zapłacić odrobinę więcej, za ów kawałek luksusu w postaci posypanej sezamem bułki z zapiekanym wraz z żółtym serem kotletem.

Niewątpliwie cała transakcja doszłaby do skutku, gdyby w trakcie wydawania reszty nie nadeszła kierowniczka. Popatrzyła na mnie, mając na twarzy wypisane pytanie: „Kim Ty kurwa w ogóle jesteś i co tu jeszcze robisz?” Następnie spojrzała na obie swoje pracownice karcącym wzrokiem. Zanim zdążyła się cokolwiek powiedzieć, pani przyjmująca ode mnie zamówienie cała czerwona na twarzy zaczęła w pośpiechu tłumaczyć się, że nie wiedziałem, że lokal czynny jest do 22.00, ale postanowiły z Kingą, wskazując w chwili wypowiadania tych słów na równie zaognioną na licach koleżankę, która zajęta była przygotowaniem dla mnie kanapki, że wspaniałomyślnie sprzedadzą mi cheeseburgera, którego ostatecznie łaskawie otrzymałem po normalnej cenie…
11.11.2007 :: 22:09



Afro i Majka

Zdarzyło się to kilka miesięcy temu. Był późny, ciepły wieczór. Idąc wśród zaparkowanych samochodów w dół, ulicą Kopernika oddychałem na przemian rześkim, letnim powietrzem i dymem, w którego skład wchodziła substancja czynna – tetrahydrokannabinol. Po prawej stronie mijałem ścianę hali sportowej I Liceum Ogólnokształcącego w Tarnowie z widocznym na niej graffiti stylizowanym na logo McDonaldsa, z tym, że po „M” kolejne litery stanowiły inny ciąg, który w rezultacie dawał efekt końcowy w postaci rzeczownika „marihuana”. W czasach, kiedy chodziłem jeszcze do liceum, ile razy tędy przechodziłem ten napis na murze zawsze był obecny. Nie raz zastanawiałem się, kto i kiedy go namalował oraz dlaczego, po mimo tylu lat nikt go nie usunął…

Dochodząc do skweru Alicji i Jana Preis nazywanym „Targiem słów” powstałym z inicjatywy rzeźbiarza Jacka Kutrzaby, który chciał by w tym miejscu odbywały się happeningi, w czasie których mieszkańcy miasta wymienialiby poglądy drogę zagrodził mi chudy, długowłosy chłopak ubrany w ciemny podkoszulek, potargane spodnie i glany.

- Masz może papierosa? – zapytał.
- Nie palę papierosów – odrzekłem zdając sobie jednocześnie sprawę, że w ręku tli mi się jeszcze dobre pół skręta.
- W takim razie, co palisz? – dociekał.
- Jointa – odpowiedziałem trochę niepewnie, mając na uwadze, że jednak palenie konopi indyjskich nie jest czynnością powszechnie akceptowalną w naszym kraju. – Jak chcesz możesz mi pomóc go skończyć.
Jasne! – ucieszył się. – Chodźmy na murek!

Dopiero wówczas zauważyłem, że obok siedzi dziewczyna. Filigranowa brunetka, ubrana w tym samym stylu, co on, uśmiechała się tak, że trudno było również się nie uśmiechnąć. Miała śliczną twarz. Z Majką i Afro, bo tak się przedstawili wypaliliśmy jointa, po czym zaczęliśmy rozmawiać. Opowiadali o swoich niepowodzeniach w szukaniu pracy, o wakacjach, o szkole. Okazało się, że obydwoje uczyli się w Liceum Plastycznym i obydwoje malują. Kiedy zapytałem, czy chcą tworzyć na poważnie, aby to zajęcie przynosiło im profity Afro powiedział coś czego nie zapomnę.

- Każdy by chciał zarabiać robiąc to, co lubi, ale na sztuce nie zarobię. Wszędzie trzeba mieć układy. Prawdziwą pozycję, a co za tym idzie pieniądze ma jedynie wąska, hermetyczna grupa ludzi, która nikogo z zewnątrz nie dopuści do siebie. Jedyna możliwość, aby stało się o tobie głośno to mieć szczęście porównywalne z trafieniem szóstki w lotka lub znać kogoś z tej grupy, kto Cię wkręci. Dlatego nie ma co się wysilać i tak nie będzie z malowania pieniędzy. Szkoda tylko, że ta świadomość zabija wenę – nie chce mi się starać!

Byłem poruszony, ale myślałem inaczej. Warto się jednak starać, choćby mieli usłyszeć o mnie dopiero po mojej śmierci. Może kiedyś ktoś dostrzeże mój blog i wyda go w formie książki, podobnie jak miało to miejsce w przypadku Salama Paxa, czy Abby Lee? O ile w ogóle posiadam jakikolwiek talent, a styl mojego pisanie będzie się komuś podobać…
03.11.2007 :: 13:58



Nocny maraton ulicami Tarnowa

Otwierając drzwi swojego samochodu nawet nie przypuszczałem, że ta noc dostarczy mi, aż takiej estetyki zdarzeń. Zawsze zastanawiałem się jak to jest przeżyć coś, aż do bólu normalnego, a zarazem wyjątkowego. Jakie uczucia towarzyszą chwilom, w których nie jest odczuwalna powaga całego zdarzenia? Jakie myśli towarzyszą olśnieniu, które niewątpliwie po takim zdarzeniu występuje? Czy są one sprowadzone na tor, z którego to, co człowiek przeżyje od zaraz uznać można za niebanalne, czy też dopiero po jakimś czasie świadomość przesuwa się do punktu, z którego widać całą sytuację jako niecodzienną? Co lub raczej kto reżyseruje nasz dziwny teatr codzienności?

Wieczorne spacery ulicami zawsze mieniły się mi jako osobliwe, lecz nigdy nie miały zbyt wiele wyróżników, aby wykroczyć poza sferę ogólności. Tym razem było inaczej, mimo całego banału, jaki mej nocnej wędrówce towarzyszył. Inne miejsce parkingowe, inna pogoda, inna rzeczywistość…

Na Nowym Świecie nigdy jeszcze nie zostawiłem swojego pojazdu – na prawo od plantów, wydawał się być ulokowany w bezpiecznym miejscu, mimo iż na murku nieopodal młodzi ludzie spożywali chmielową zupę, co nasunęło jednak wątpliwości, co do słuszności mojej decyzji. Wyciągnąłem panel z samochodowego radia i ukryłem w kieszeni na drzwiach, po czym ruszyłem w górę, ku ulicy Krakowskiej. W jakiejś odległości przede mną szło damskie trio, którego rozmowa zainspirowała mnie na tyle, by podobnie jak one skręcić na prawo w Chopina. Tleniona blondynka opowiadał koleżankom historię wprost z ostatniej imprezy, przerywając potok słów wystrzeliwanych niczym z karabinka Kałasznikowa, głośnym śmiechem, w którym wtórowały jej towarzyszki. Za plecami usłyszałem kroki… Za nami podążał chłopak z fryzurą w stylu czeski metal, w czarnej koszulce Iron Maiden, najwyraźniej niechcący zmarnować ani odrobiny czasu przeznaczonego na uliczny trucht. Wyminął mnie, co zrodziło w mej głowie pytanie: Dokąd tak pędzimy?

Przystanąłem na skrzyżowaniu Chopina i Grottgera rzucając swój wzrok w kierunku kamienicy na rogu – różowej, zaniedbanej, ale kto wie czy architektonicznie nie jednej z najpiękniejszych w mieście. Z kieszeni kurtki wyjąłem Big Reda, który po owinięciu z papierka wylądował w mych ustach. Głęboko odetchnąłem tarnowskim powietrzem, które dzięki gumie do żucia przybrało cynamonowy aromat, po czym ruszyłem w kierunku kolejnego etapu mojego spaceru, niewiedzą jeszcze wówczas, dokąd zaniosą mnie kończyny…

Wiele samochodów o tej porze przejeżdżało przez skrzyżowanie Alei 1 Maja z Klikowską, w kierunku której ruszyły wspomniane wcześniej dziewczyny. Wybrałem drugą opcję, gdzie majowa aleja przechodziła w Szujskiego. Po lewej stronie spojrzałem na kamienicę, w której mieszka moja dawna miłość – Katarzyna. W jej pokoju świeciło się światło, więc pewnie przebywała wówczas w domu. Mój Boże – pomyślałem – Ile to lat? Jak ja byłem kiedyś w niej beznadziejnie zakochany…Kierując się w stronę skrzyżowania minąłem kilkukrotnie zapatrzone w siebie pary. Czyżby dzisiejszy wieczór sprzyjał romantycznym spacerom? – przemknęło mi przez myśl. Odczułem nutkę żalu, że nie towarzyszyła mi Anita…

Na krzyżówce po lewej stronie skręciłem w Szkotnik, gdzie idąc cały czas prosto można dojść do ulicy Krakowskiej. Po prawej, pod pobliski McDrive podjeżdżały samochody. Co Ci ludzie widzą w jedzeniu z McDonald’s? Big Mac, McChicken, WieśMac? Ohyda! No może poza tortillą z kurczakiem od czasu do czasu, która naprawdę mi smakuje…Nie ma to jednak jak warzywa z własnego ogródka, kiełki i zioła, a do picia zamiast coca-coli zielona herbata, bądź też yerba mate… Wyliczając w głowie poszczególne produkty zdrowej żywności, odczułem suchość w gardle, dlatego korzystając z bliskości symbolu pojęcia fast food, nabyłem, co prawda przetworzony chemicznie, ale jednak z nazwy tożsamy z czerwoną herbatą napój, płacąc za niego plastikowym pieniądzem…

Idąc przed siebie mijałem wiele postaci – w większości uśmiechniętych. Czyżby brak słonecznego światła, aż tak bardzo zmienił ludzi, że paradoksalnie nocą wypogodnieli? A może w naszym kraju wszystko naprawdę zmierza w dobrym kierunku?

Na przystanku przed Albertem siedziała dwójka młodych ludzi popijając piwo. Zapytali mnie o papierosa, jednak z wiadomych względów nie mogłem im pomóc. Po prawej stronie w blokach przy Pułaskiego, bądź może przy Dembowskiego widać było światła z poszczególnych mieszkań. Ciekawe, co też Ci ludzie teraz robią? – pomyślałem – Pewnie w znakomitej większości siedzą przed telewizorem, z butelką piwa w ręku, obserwują kolejną głupotę, jaką serwują im masmedia… Na stoliku obok z dużą dozą prawdopodobieństwa leży „gazeta” codzienna Fakt lub inny brukowiec. Nic dziwnego, że teraz ludzie chcą zobaczyć w TVN obraz tego, co przeczytali, bo ciężko użyć wyobraźni mając w głowie trywialne teksty przesycone tanią sensacją, krzykliwe tytuły i zajmujące 70% objętości bulwarówek fotografie…

Pośród tych i podobnych rozważań dotarłem wreszcie w okolice domu handlowego „Świt”, gdzie skręciłem w Krakowską – główną ulicę Tarnowa. Idąc chodnikiem do góry, obserwując zadbane kamienice i ładnie wkomponowane w nie szyldy reklamowe, zdałem sobie sprawę, że Tarnów to jednak piękne miasto, które czeka na promocję z prawdziwego zdarzenia…

U góry Krakowskiej, w hotelu „Bristol” odbywało się przyjęcie weselne. Po drugiej stronie ulicy stała piękna, biała limuzyna, przed którą grupka młodzieży robiła sobie zdjęcia. Wszyscy, których mijałem lub obserwowałem wydawali mi się szczęśliwymi ludźmi. Szczególnie dostrzegalne było to na placu Sobieskiego, zwanym „tarnowskim placem Pigalle”, gdzie usiadłem, aby odrobinę odsapnąć… W letnią sobotnią noc miasto pędziło dziwnie spokojnym, acz energicznym pędem. Chłopaki w koszulkach retro w paski, kontra starsi panowie w garniturach. Młodzież w dresach, a naprzeciw nich ludzie w średnim wieku, zarówno mężczyźni, jak i kobiety w stylu uniseks. Piękne dziewczyny w wysokich kozaczkach odziane w obcisłe biodrówki i odsłaniające brzuch bluzeczki, obok z rzadka pojawiających się starszych dam… Wokół placu różnokolorowe kamienice, dwa banki, a na rogu Krakowskiej i Wałowej restauracja McDonald’s. Całość – ludzie i ulica – przepełniona magią, jakiej nie posiada żadne inne miasto…

Po długim, bo prawie półgodzinnym odpoczynku, ruszyłem na dół Stefana Batorego mijając po kolei bar Frasses, po lewej zaś cukiernię Kudelskiego. U wylotu Batorego do Staszica, znajduje się moje stare liceum, gdzie przed wejściem do szkoły obok barierki przystanąłem oddając się wspomnieniom. Ile w tym miejscu przeżyłem wspaniałych chwil? Rzucanie się śnieżkami w zimie, wszystkie przerwy między lekcjami, które spędziliśmy pod pobliską biblioteką paląc papierosy… I jeszcze wiele innych wspomnień, których cześć zatarła się w pamięci, a zostało jedynie odczucie, że było wspaniale… Popatrzyłem na Batorego z przed mojej starej szkoły i jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to najpiękniejsza ulica w mieście…

Wyplułem cynamonową gumę, po czym ruszyłem do pozostawionego naprawdę niedaleko samochodu. Mógłbym tak łazić przez całą noc, aż do świtu. Myśląc to, po raz pierwszy w życiu pożałowałem, że posiadam prawo jazdy…
19.08.2007 :: 14:00



Wykładowca

Pamiętam jak spotkałem go pierwszy raz poza uczelnią. Stałem wówczas na parkingu, gdy podjechał swoim rozklekotanym z lekka fordem. Oczywiście wzbraniałem się przed uiszczeniem przez niego opłaty. Skutecznie!

Ma 27, może 28 lat. Z pewnością nie więcej. Nieżonaty, ale z całą pewnością zajęty. Doktoryzuje się. Pamiętam, że jako wykładowca był niesamowicie, mimo niewielkiego w tym zawodzie stażu i wieku, oczytany i znający się na temacie. Prawo konstytucyjne, finansowe, instytucje i organy Unii Europejskiej… Informacje z owych dziedzin wystrzeliwał z siebie niczym karabin maszynowy, z niebywałą lekkością, wręcz gracją, czym zyskiwał posłuch. Swoje zajęcia bardzo często przerywał ciekawymi opowiastkami ze swojego życia, wspomnieniami z imprez (co już samo w sobie bardziej katalogowało go nie wśród profesorów, lecz wśród żaków), jak również dowcipami…

W owo późne lipcowo-sobotnie popołudnie moja służba na sklepie, po kilku godzinach stania powoli zbliżała się do końca. Mając w pamięci, że dzień był nijaki, myślami byłem bliżej miski z zupą, której samo wyobrażenie powodowało intensywną pracę ślinianek, niż faktu, że jeszcze dziś spotkam kogoś ciekawego. Zupełnie już nie pomyślałbym, że tą osobą będzie mój były wykładowca.

- Widzę, że zmienił Pan profesję – zażartował witając się
- Jakoś tak wyszło – odpowiedziałem – Mniemam, że już można się do Pana zwracać per doktorze?
- Jeszcze nie, ale już za niedługo – odparł z uśmiechem – Zresztą, jaki Pan?! Staszek jestem!
- Kildeis. Miło mi.

Okazało się, że przyszedł zrobić zakupy na kolację, lecz nie za bardzo wiedział, co mógłby przyrządzić. Jako osoba uczynna udzieliłem mu kilku wskazówek, zachęcając do zjedzenia czegoś lekkiego, czyli sałatki…

Ucięliśmy sobie, więc miłą pogawędkę na tematy kulinarne. Wspomnieliśmy także czasy, gdy byłem jednym z jego studentów. Śmialiśmy się do rozpuku wspominając sytuację, gdy po „ostatkach” przyszedł na poranne ćwiczenia mocno skacowany, z butelką wody mineralnej w ręku. Wkroczył wówczas do sali, gdzie zobaczył równie mocno jak on rozespanych studentów, kompletnie niedysponowanych, zasłaniających się butelkami napoju gaszącego ogromne tego ranka pragnienie. Ćwiczenia, jako takie się odbyły, lecz dotyczyły bardziej podróży niż prawa finansowego. Staszek niezwykle malowniczo opisywał swoje wędrówki po Bałkanach. Jeden z elementów tych opisów strasznie mnie zaintrygował, mianowicie chodziło o zwijanie i palenie albańskich papierosów, o czym wspominał, co później rodziło w mej głowie różne domysły. Teraz na sklepie nadarzyła się okazja, aby je rozwiać. Zapytałem, go więc o ten fakt. Odpowiedział z uśmiechem: Wcale takie albańskie to one nie były! Papierosy, jak papierosy – sam wiesz… Kończąc tę kwestię zamrugał znacząco…
10.08.2007 :: 17:00