Numerki / Dwa miesiące później

Liczby, cyferki i inne numerki... Smutne, ale w dzisiejszym świecie one się liczą najbardziej. Profity na koncie, przejście w kolejny level życia, okres czasu do wykorzystania. Przerażające nieprawdaż? Dlaczego nie możemy być jak pewne plemię, gdzieś daleko w Afryce, które określa otaczający je świat jedynie trzema słowami zastępującymi liczebniki: jeden, mało i dużo. Może byłoby nam łatwiej, a świat nie przygniatałby nas ogromem sum, różnic lub iloczynów, po dziesięćkroć już wziętych do nieskończonej potęgi. Nie jest to żadna swoista aluzja potwierdzająca jakieś uprzedzenia do królowej nauk, lecz subiektywne spojrzenie przedstawiciela JP2 na otaczający go świat. Panta rhei, co oczywiście jest nieuniknione, ale w takim tempie? Nigdy już nie powiem nigdy, tak samo jak nie stwierdzę, że zawsze już tak będzie. Ciągi (znów ta matematyka) bywają równie niebezpieczne, jak stagnacja. Życie jest nieprzewidywalne i z pewnością nie będzie nigdy takie jakie chcielibyśmy, by było. Brak elementu nieustannej niespodzianki, sprawiłby, że zdechlibyśmy z nudy, a tak... Sami zobaczcie…

Moja córka skończyła dziś dwa miesiące. Kilka tygodni temu pierwszy raz się do mnie uśmiechnęła. Dziś zaczyna gaworzyć. To najjaśniejsza gwiazdeczka na niebie. Kocham Was moje panie!

W pracy kryzys nas nie dotyka, a jedyna odczuwalna niedogodność to brak czasu, by wszystko dokładnie ogarnąć. Przydałby się jeszcze ktoś do pomocy lub jakiś mocny stymulant, ale przede wszystkim dłuuuuuugi urlop. Póki co pozostaje cieszyć się jego namiastką, czyli długim weekendem...

W domu…? Kupiłem trzydziestosiedmiocalowy telewizor, sofę, Cyfrę +, dywan, szafę i karnisz. Dzięki tym wszystkim materialnym dobrom mogę w spokoju usiąść przed „szkiełkiem” i oglądnąć mecz z butelką Desperadosa w ręku. Czasami dopalam sensimillą lub napój piwny zamieniam na lampkę półsłodkiego, białego wina. Viva la Liebfraumilch Rheinhessen Qualitaetswine - Doctor Peter. W brązowej butelce rzecz jasna.

Co więcej? Od dziś wróciłem do kalendarzyka, w zeszłym tygodniu wreszcie poszedłem do spowiedzi. Nie chce mi się ciągle przełamać, aby biegać wieczorami. Pomysł siłowni zaś upadł po pierwszej wizycie i niemożności ruszania rękoma przez kilka następnych dni… That’s all. Do następnego odcinka.
11.06.2009 :: 14:08



Zima, kryzys i Travian

Znów schemat ten sam, co w poprzedniej notce, tylko zza okna razi blask białego puchu. Raczej już białej skorupy, a to co przypominało jeszcze wczoraj, a nawet dziś wczesnym rankiem starte pierze, zasklepił cienką pokrywą „jego wieliczestwo moroz”. Starszy i groźniejszy kuzyn niskiej temperatury, wspomagany wiatrem studził tchnienie życia, często ostatnie, naszych dziadków na dalekiej Syberii. Polski mróz na szczęście akcentuje jedynie obecną porę roku – zimę, która drugi raz charakterystycznie zaskoczyła. Drogowcy będą narzekać, bo ich invierno z hiszpańska, zaskakuje zawsze, niezależnie od aury. Powinni się cieszyć z kolei górale, ale nie jest im do śmiechu. W Radiu Zet podkreślali dziś, że nawet śnieżna zima dutków nie gwarantuje. Oj uwzięły się złe moce na ludzi gór i jak nie ciepłem to kryzysem ich gnębią. Mnie na całe szczęście ta sztucznie wymyślona psychoza finansowego dołka nie dotyka bezpośrednio. Owszem, czuje jak uciekają mi złotówki z funduszy inwestycyjnych i styczeń był troszku gorszy na firmie, ale widzę też drugą stronę medalu. Zarobiłem ostatnio trochę grosiwa na sprzedaży poprzez Allegro. Zresztą powolutku zaczynają powstawać podwaliny mojego własnego biznesu i mimo dekoniunktury powinienem go rozkręcić. Albo stanie się zupełnie odwrotnie, ale nie chcę rezygnować z marzeń w obawie przed przegraną, bo większym TCHÓRZEM niż jestem nie zamierzam zostać. Co prawda, mimo posiadanej armii… Ups. Wyszło szydło z worka, dlaczego nie pisałem. Przyznam się tym razem bez ściemniania. Wciągnęła mnie gra na przeglądarce – Travian. Ulepszam budynki, rozbudowuje kopalnie surowców, szkolę jednostki oraz, używając travianowego slangu „farmię”, czyli grabię dobra słabych przeciwników. Może uda mi się zbudować „cud świata”, w stylu lepszym niż nasz ryży premier.
01.02.2009 :: 22:46



Zapowiedź końca remontu

Witam ponownie w bajce, gdzie biel na zewnątrz aż razi w oczy, płatki śniegu spadają na ziemię poziomo, a słupek rtęci z pewnością jest kilka kresek pod liczbą, przez którą nie wolno dzielić. Gnieździmy się dalej w tym jednym pokoju, gdzie teściowa mojej żony ma wyimaginowane humory i niewypowiedziane pretensje, a mój ojciec, choć człowiek stonowany i zupełnie niekłótliwy, również chce, aby żadne młode małżeństwo spodziewające się dziecka nie burzyło jego uregulowanego świata. Ale poczekajcie. To będzie najlepsze! Mam Wam, Drodzy Czytelnicy: stali i Ci zupełnie przypadkowi, coś do zakomunikowania. Nie jest to bynajmniej zapowiedź końca tej świątyni grafomanii, ani chęć emigracji na Wyspy Świętego Tomasza i Książęcą wraz z ciężarną żoną i laptopem, czy też przymusową przeprowadzkę do moich, tym razem teściów. Rozchodzi się Moi Drodzy o remont, którego wizualne efekty, ostrożnie co prawda, ale wreszcie pozwalają na podanie daty jego końca. Gdybym znał się na sztuce budowlanej i wykończeniowej finał tego kosztownego przedsięwzięcia już dawno by nastąpił. Chwaliłbym się podając sznurki do zdjęć z naszego M, rozlewał szampana w łazience, palił grass i gapił się w okno dachowe. A tak? No cóż... Uzbrójcie się w blisko, miejmy nadzieję, trzytygodniową cierpliwość…
23.11.2008 :: 08:39



Remont i wydatki

Nie chce być monotematyczny w swych grafomańskich ciągotkach, ale remont mnie do tego zmusza. Płytki, tapety, kleje, gipsy, gładzie, silikony, farby i akryle wydzierają ode mnie ostatni grosz, a do końca miesiąca jeszcze bardzo daleko. Pociesza jednak świadomość, że półmetek jest za nami, a wraz z nim, z tyłu została także najbardziej brudna i ciężka robota. Nie oznacza to bynajmniej spadku wydatków. Wręcz przeciwnie: „Teraz dopiero się zacznie” jak rapował kiedyś Tede. Wszystkie wykończeniowe pierdółki, wykończą, ale mnie. Zarówno finansowo, jak i nerwowo, bo ich skala już dawno za sobą zostawiła poziom zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Nie chcę nikogo, ani niczego winić, bo to pójście na łatwiznę, ale „najmiłościwiej” nam panoszący się BABILON ma chyba ukryty cel w tak wysokich kosztach remontowo – aranżacyjnych. Ludzkie pojęcie przechodzi, jak dziesiątki „setek” pochłania zaadaptowanie do użytkowania własnego M. W tym ciężkim dla nas czasie moi rodzice wspierają nas ekonomicznie, udzielając nieoprocentowanego kredytu. Szef także pozwala brać materiały na rachunek otwarty i uregulować należności pod koniec miesiąca, jedynie pokrywając koszty zakupu. Równie ważne, że praktycznie nie zapłaciliśmy ani złamanego grosza za robociznę. Tato Anity jest świetnym fachowcem, podobnie jak jej brat. Mój ojciec z kolei też nie odbiega umiejętnościami i zmysłem manualnym od wspomnianej dwójki. Dzięki temu wielu rzeczom nasi bliscy sami sprostali, chroniąc nas, a pewnie i siebie, przed pokaźnym deficytem, w naszym skromnym budżecie domowym, które pewnie przełożyłby się na co najmniej jedną jeszcze rodzinę.
11.11.2008 :: 00:07



Wydatki

Na minusie kilkadziesiąt złotych lub mniej więcej tyle samo, lecz po drugiej stronie zera. Początek miesiąca. Wypłata = radość. Euforia. Lista zakupów. Pierwszy zgrzyt – opłaty stałe. Abonament za telefon, Internet, raty. Nie jest źle! Co prawda kilka setek mniej, ale to nawet jeszcze nie połowa. Drobne przyjemności? Czemu nie! Corona – La cerveza las fina, T-shirt Le coq sportif lub sweterek Burberry, Reed’s jabłkowy dla odmiany, kolacja w restauracji, NoName’y lub Marsy, pomidory, ogórki, ser feta, oliwki, Lipton Green Tea, obiad „u Grubcia”, znaczki z Wietnamu znalezione gdzieś w głębi Allegro… I tak przez kilka dni, aż do kolejnej wypłaty – tym razem Anity. Kolejny wybuch radości. „Za stówkę” na stacji benzynowej. Przy kasie do rachunku za paliwo: „Desperados” dla mnie i Twix dla ciężarnej żony. Kurs? Oczywiście ciuchy, czyli polowanie w secondhandzie. Bluzeczka, spodnie ciążowe, tunika – dla niej. Dla niego jedynie bluza od Henryka Strzeleckiego… Po drodze jeszcze tylko Tesco lub inna „Biedronka”. Pieczywo tostowe, parówki, żelki, sałata lodowa, ser żółty, spaghetti, draże, Bounty, wafelki… STOP. „Wrzućmy na luz Kochanie! Jutro odwiedzimy niestety NOMI.”

Pośród kilkudziesięciu osób klnących w duchu na remont, my – małżeństwo z przeszło dwumiesięcznym stażem. Na wózku: klej do płytek i montażowy, listwy wykończeniowe, płytki do łazienki, silikon sanitarny, fuga, gładź szpachlowa EKO-MAS, papier ścierny siateczkowy, kostka szlifierska, tynk maszynowy – tylko Knauf. Najlepszy, rzecz jasna! Szwagier wie co mówi. W końcu jest fachowcem. Przed kasą? DRAMAT, czyli wegetacja do końca miesiąca! Koniec z piwem wieczorową porą, słodkimi zachciankami Anity, sałatkami na kolację… „Oszczędnie Kochanie, oszczędnie!” Zestawienie? Oczywiście! Proszę bardzo! 75% wydatków – nasze gniazdko. Następnie kolejno: rachunki, paliwo, żarcie, przyjemności i głupoty. Nie oszczędzamy? Ależ oczywiście że nie! Nierozwaga? Pewnie tak, ale na co Ty wydajesz, ja nie wnikam. Twój wybór, Twoje pieniądze, Twoje decyzje, Twoja sprawa, Twoja strata... Do zobaczenia w kolejce przy kasie po pierwszej zaliczce!
07.11.2008 :: 23:13



Niedziela, las i maleństwo

Już dawno niedziela nie była taka jak dzisiaj. Boski dzień. Pełen wyrazistych smaków począwszy od bolońskiego spaghetti na śniadanie, przez swojskie winogrona na promocji z „Biedronki”, aż po sałatkę grecką w stylizowanej na śródziemnomorski styl „Wenecji” na kolację. Jednym słowem południowa Europa, w jesienny, silnie słoneczny słowiański dzień. Jeden z niewielu, w którym mieliśmy czas, by tak naprawdę być ze sobą. Wspólna pośniadaniowa sjesta przy słodkiej i namiętnej „Czekoladzie” Larsa Svena Hallströma nie rozleniwiła, lecz wyzwoliła chęć do działania. Warto było wykorzystać dobrą pogodę na grzybobranie. Opieńka miodowa uraczyła nas pełnym koszykiem owocników, a las pozwolił odetchnąć płucom od solwentowych atramentów. Zaplątał, nie raz i nie dwa, w moje włosy babie lato, podkreślając wyjątkowość tej pory roku. Wytatuował też, nie wiem czy w poczuciu sympatii, czy antypatii, buty torfem i zarodnikami paprotników. Rozruszał zastygłe od siedzenia biurze kości mej lubej. Nasze maleństwo też się ucieszyło, gdyż z brzucha przyszłej mamusi dobiegało radosne bulgotanie. Wczoraj, leżąc obok śpiącej żony, poczułem się ojcem pełną piersią. Musze być teraz odpowiedzialny nie tylko za siebie i Anitę, lecz także za nasze dziecko! – pomyślałem gładząc rosnące w brzuszku dzieciątko. Może to, co piszę jest trywialne, ale jeszcze stosunkowo niedawno słowa „dojrzałość” nie sposób było znaleźć w moim słowniku. Czas „walnął po strunach” metaamfetaminę i już sam za sobą nie nadąża, a ja, niczym w salviowym świecie przeniosłem się do krainy dzieciństwa, które stało się teraźniejszością.
20.10.2008 :: 00:08



I całą drogę opisałem

7.48. Jeszcze z kanapką w ręku biegnę do samochodu. Otwieram i wskakuję do środka. Cholera, ale ziąb. Całą noc Seicento stało na zewnątrz. Brrrr… Zimno! Odpalam, włączam ogrzewanie, kęs sandwitcha, jedynka i w przód. Dobrze, że położyli nam już asfalt – myślę pochłaniając resztę śniadania. Drażetka Winterfresh od Wrigley Polska ląduje pomiędzy żuchwą, a szczęką górną mniej więcej na wysokości auto-szrotu. Chłopaki jeszcze nie zaczęli pracy, choć za jedenaście minut wybije godzina zero. Moje ręce kreślą znak krzyża na czole. Krótko rozmawiam z NAJWYŻSZYM. Dojeżdżam do… cmentarza. Krótki rzut okiem na lewo… i jedynka. I w prawo! Do przodu. Mijam las i znajdującą się za nim wytwórnię mas bitumicznych firmy Poldim. 80km/h, lewy kierunkowskaz - noga mocniej wciska pedał gazu. Czerwony Ford Fiesta, który chwilę temu był przede mną zostaje w tyle. „Malucha” jednak nie wyprzedzę. Zakręt. Za nim zaś już kolejka samochodów na światłach. Nie długa – całkiem przyzwoita. E4 mkną TIRy – my stoimy. Kilkadziesiąt sekund postoju, zanim zapali się lampka w kolorze łąki wiosną, wykorzystuję na zmianę płyty. Potrzeba czegoś żywszego od melancholijnej „27” Leszka Kaźmierczaka. Dziś w pełni obudzą mnie wyzwalające energie „Historie z sąsiedztwa” wprost z ursynowskich blokowisk. Kiedy słońce wstaje, ja tu wstaje co dzień rano i zapieprzam do roboty. Zielone na horyzoncie. Ruszam z piskiem! Całe szczęście, że zawalidroga z fiata 126P pojechał prosto. Kierującego białym Oplem Astrą na starej krakowskiej rejestracji mogę określić mianem „pewny”. Nie wlecze się – jedzie prosto. Skręcamy obydwaj na Tarnów, z lewej strony zaś mijają nas dwa „dostawczaki” HMB – mojej poprzedniej firmy. Przy 90 km/h decyduję się wyprzedzić gościa, gdyż przeciwny pas ruchu jest wolny. Gdy zrównuję się z nim, wiem już że popełniłem błąd. Panowie z belkami na ramieniu, odziani w żółte kamizelki oznaczają spore kłopoty. Nie zdążę dziś niestety do pracy na czas. Powód? Mandat karny za przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym… Co jest jednak grane? „Tajniaków” i mnie wyprzedza błękitny Citroen Xsara Picasso! ALE KURWA FART!!! – krzyczę do siebie, widząc pędzącą za niefortunnym szoferem białą Astrę z kogutem na dachu. Przy „starym” szpitalu widzę jak do gościa, który uratował mi kilka stówek podchodzi policjant. Oddycham z ulgą. Naprawdę dziś miałem sporo szczęścia… Przed rondem im. Zesłańców Sybiru, do którego dojeżdżam w parę chwil stoi kilka samochodów. Czekam cierpliwie. Na przystanku po lewej widać kilku podrostków „prawie, że 18 lat”, dziadzia w wieku selekcjonera naszej reprezentacji piłkarskiej oraz blondynkę po trzydziestce, skądinąd całkiem ładną. Przyglądam się jej, gdyż moją uwagę przykuwa jej strój. Różowa kurteczka, sukienka w wersji raczej mikro niż mini oraz wysokie kozaczki koloru tożsamego z resztą stroju. Prawie jak Sylwusia od Ewy Drzyzgi – mruczę śmiejąc się pod nosem. TIR na bułgarskich „blachach” posunął się do przodu - ruszam i ja. Na skrzyżowaniu skręcam w Okrężną. Ostatnie metry wypełnia mi refren: Czy czujesz to tempo, ja czuję to tętno / Niektórym jest ciężko, to miasto napędza nas… 7.59. Zdążyłem…
18.09.2008 :: 00:08



Remonty, raptularze i desperadosy

Pierwszy etap remontu upłynął wraz z wylanymi hektolitrami potu i wyrzuconym gruzem z łazienki. Szacunek za pomoc dla szwagra i wujka, a także moich rodziców. Bez tych wszystkich osób nie skończyłbym w tydzień, lecz co najmniej przez kolejny wypruwałbym sobie żyły. Faktem jest, że roboty zostało mi jeszcze na tygodni kilka, w najgorszym wypadku kilkanaście, ale postęp już widać. Albo i nie. Jak kto woli. Przede mną taka sama długa i ciężka droga, jak za mną. Będzie jednak lepiej, bo inaczej być nie może… I piękniej! Prawda?

Generalnie po wystukaniu powyższego tekstu, zdałem sobie sprawę, że coraz częściej opisuję własną codzienność. Niby to całkiem naturalne – w końcu to blog. Aczkolwiek sam sobie niejako narzuciłem kierat tworząc różne, przedziwne kategorie. Nie brak mi wprawdzie pomysłów na notki z katalogu „Historie Spisane”, ale dziwnie nie potrafię ich posklejać w jedną sensowną i w miarę logiczną całość. Obiecuję więc, na łamach tego pamiętniczka internetowego, ubogacić go kolejną prawdziwą historią. Nie tyle dla zasady, a ze zwykłej przyzwoitości. Ot co!

Abstrahując od remontu i rozkładania na czynniki pierwsze diariusza, w ostatnich tygodniach na własnej skórze, przekonałem się, że wpaść w alkoholizm jest wcale nie tak trudno. Cała sytuacja miała swoją genezę w okresie przygotowań do naszego wesela. Zmęczony całą preorientacją – zdesperowany – sięgnąłem po butelkę piwa o smaku tequili. Desperados od jakiegoś czasu szturmem wdarł się na czoło listy ulubionych trunków procentowych i wraz z meksykańską Coroną, niczym prawdziwy macho, dzielił i rządził. Gorzej, wszakże, bo pod jego miotłę dostał się „biedny” kildeis, który zamiast prawdziwym facetem okazał się łatwą señoritą, która nie mogła oprzeć się pokusie. Romans trwał ponad dwa tygodnie, pełne emocji, chwil uniesień i porannych boleści „dzbanka”. Interwencja z zewnątrz wisiała na włosku, który przerwała wreszcie Anita kategorycznym stwierdzeniem: Kochanie nie pijesz!
09.09.2008 :: 23:10



Laptop, remont i kasa

W moim życiu, mimo upływającego coraz szybciej czasu coś ruszyło. Z kopyta o dziwo, choć na moim notebooku, którego nabyłem w systemie ratalnym, zaledwie kilkadziesiąt godzin temu, stawianie systemu wcale szybko nie przebiegało. Ale to już inna bajka, która, gdy wreszcie pracownicy operatora internetowego skonfigurowali mi sieć, oprócz bezprzewodowego okna na świat na własnym podwórku, nabrała również kolorów. Nie będę już skazany na jedno miejsce przy biurku. Będę klikał w tę wbudowaną i nieporęczną klawiaturę, gdzie tylko się znajdę. Na ławce przed domem, na fotelu, w kuchni, na strychu w naszym nowym mieszkanku… Właśnie. A’propos poddasza, które w niedalekiej przyszłości stanowić będzie moje i Anity wspólne, składające się z dwóch pokoi, korytarza, dużych rozmiarów łazienki i kuchni, gniazdko. Póki co to kupa gruzu, w której skute ściany odcisnęły się na moich rękach w postaci piekących pęcherzy. W dzisiejszych czasach stawianie własnego lokum to studnia bez dna dla kasy. Naście tysięcy, podchodzące wręcz pod początek dziesiątek dwóch z małym zapasem dodatkowych złotówek, czyli haracz zebrany od gości za dobrą zabawę na weselisku nasze M-ileś połknie na śniadanie i obiad. Na lekki podwieczorek być może też starczy, ale na Abendbrot z niemiecka już będziemy zmuszeni sobie pożyczyć. Takie czasy!
04.09.2008 :: 23:24



Owad, bałagan i kupon

Otworzyłem oczy, gdyż ze sennych mar wyrwała mnie hałaśliwa przedstawicielka gatunku Musca domestica. Po kilkuminutowym polowaniu padła trafiona pokrywka pudełka po butach. Zakręciła się jeszcze wokół własnej osi, lecz się zdołała już poderwać swoich skrzydeł do lotu, gdyż spadł a nią drugi cios…

W pokoju panował po sobotni bałagan. Po podłodze walały się papiery – materiały mające służyć mi pomocą przy pisaniu pracy magisterskiej. Ta, wydrukowana już w wersji prototyp, trafiła w plastikowej koszulce do promotora. Nawiązanie umownego stosunku pracy łatwe wcale nie jest, do czego nawiązywały rozrzucone pośród pantofli, skarpetek i ulotek Hi-Latex, kserówki.

Budzik w komórce ogłaszał porę podniesienia mojego cielska z legowiska, lecz dziś to on się spóźnił. Wyprzedziła go zwyczajna mucha. Położony na stole, zmuszał mnie by wstać ponownie, aby go wyłączyć. Wstawaj kurwa, wstawaj. Która godzina jest kurwa? Wstawaj z wyra, ale to już!

Okulary, zużyte chusteczki higieniczne, niedokończone piwo, zegarek, notatnik i mapa, sąsiadowały z ładowarką i produktami higieny osobistej marki Nivea. Droga do Babadag, którą czytam już chyba trzeci miesiąc leżała na dyplomie ukończenia dekoralowskiego szkolenia. Ciuchy porozrzucane były w połowie na dywanie, w połowie po szafkach. Niektóre te Henri Lloydy, Scotche, czy Burberry z secondhandu wsiały niczym firanki na krzesłach. Moją uwagę zwróciło jednak coś innego. Mały, niepozorny wręcz, kawałek papieru, przypominający poćwiartowaną fakturę jakich dziesiątki wystawiamy na sklepie, wyłaniał się z użytej wcześniej do zabójstwa na owadzie, pokrywki po ślubnych butach. NIEMCY – POLSKA, typ 2, bo koledze śniło się 0:1. Oczywiście dla naszych…
08.06.2008 :: 09:56