Zima, kryzys i Travian

Znów schemat ten sam, co w poprzedniej notce, tylko zza okna razi blask białego puchu. Raczej już białej skorupy, a to co przypominało jeszcze wczoraj, a nawet dziś wczesnym rankiem starte pierze, zasklepił cienką pokrywą „jego wieliczestwo moroz”. Starszy i groźniejszy kuzyn niskiej temperatury, wspomagany wiatrem studził tchnienie życia, często ostatnie, naszych dziadków na dalekiej Syberii. Polski mróz na szczęście akcentuje jedynie obecną porę roku – zimę, która drugi raz charakterystycznie zaskoczyła. Drogowcy będą narzekać, bo ich invierno z hiszpańska, zaskakuje zawsze, niezależnie od aury. Powinni się cieszyć z kolei górale, ale nie jest im do śmiechu. W Radiu Zet podkreślali dziś, że nawet śnieżna zima dutków nie gwarantuje. Oj uwzięły się złe moce na ludzi gór i jak nie ciepłem to kryzysem ich gnębią. Mnie na całe szczęście ta sztucznie wymyślona psychoza finansowego dołka nie dotyka bezpośrednio. Owszem, czuje jak uciekają mi złotówki z funduszy inwestycyjnych i styczeń był troszku gorszy na firmie, ale widzę też drugą stronę medalu. Zarobiłem ostatnio trochę grosiwa na sprzedaży poprzez Allegro. Zresztą powolutku zaczynają powstawać podwaliny mojego własnego biznesu i mimo dekoniunktury powinienem go rozkręcić. Albo stanie się zupełnie odwrotnie, ale nie chcę rezygnować z marzeń w obawie przed przegraną, bo większym TCHÓRZEM niż jestem nie zamierzam zostać. Co prawda, mimo posiadanej armii… Ups. Wyszło szydło z worka, dlaczego nie pisałem. Przyznam się tym razem bez ściemniania. Wciągnęła mnie gra na przeglądarce – Travian. Ulepszam budynki, rozbudowuje kopalnie surowców, szkolę jednostki oraz, używając travianowego slangu „farmię”, czyli grabię dobra słabych przeciwników. Może uda mi się zbudować „cud świata”, w stylu lepszym niż nasz ryży premier.
01.02.2009 :: 22:46



Przeszłość i boisko przy szkole

Czarne asfaltowe boisko, wytarte białe linie, metalowe bramki bez założonej siatki. Najczęstsza z migawek dzieciństwa. Ten pot, te zakwasy na nogach, obite kolana i rozorane łokcie przeplatały się z okrzykami radości i lasem podniesionych wysoko w górę rąk po strzeleniu zwycięskiej bramki. Ten sport choć amatorski, wolny był od układów i machlojek, bo nikomu nawet do głowy nie przyszło, żeby coś kombinować. Mimo, że naprzeciw siebie, graliśmy w jednej wielkiej drużynie. Razem czynnie spędzaliśmy wolny czas, czy to „na asfalcie” pod szkołą, czy też „na trawie” za lasem, mimo że różnica wieku bywała spora. Większość z nas była szczeniakami, którym „wieczorna piłka” dawała więcej niż heroina Curtowi Cobanowi. Zwycięstwa nie cieszyły, tak jak nie bolały porażki – liczyła się zabawa – dobrze spędzony czas i błogie zmęczenie po meczu…

A dziś? Co się z nami stało? Kilku chłopaków jeszcze kopie gdzieś na hali, ale to już nie to. Futsalowa liga, gdzie są pieniądze, sponsorzy... Prawie zawodowstwo. Dwóch – ci starsi – założyli firmę i teraz robią miliony. Kildeis poszedł na łatwiznę i zaczął ćpać. Kilku wyjechało za granicę „na saksy”. Jeden się ożenił – wtedy to był dla nas szok. Dom, żona, dzieciaki… Drugi poszedł na studia – teraz robi doktorat. Koleżka, z którym się wychowałem od kołyski trafił „pod cele” w Austrii i nie widziałem go już kilka lat. Zresztą nie jego jednego. Wielu wyparowało i czasem widząc ich uśmiechnięte mordy na zdjęciach na naszej-klasie zastanawiam się czy znaleźli szczęście na wyspach, o które ociera się Golfstrom lub największych miastach RP. Jak domek z kart rozsypała się podwórkowa ferajna i jedyne co po niej zostało to przyszkolne boisko na którym nie byłem chyba ze trzy wieki. Ostatnio, gdy tamtędy przejeżdżałem, widziałem ziomków, którzy pili browar i „co trzy buchy” podawali sobie spliffa. Współczesny sport nie daje zmęczenia, ale daje euforię…

06.02.2009 :: 00:28



Więcej

Kryzys na rynkach, a ja mam fart mimo wszystko. Co prawda giełda mocno pikowała i część kupionych na górce funduszy szlag trafił, ale symptomów dekoniunktury brak. Na Allegro fotki całkiem przyjemnie się sprzedają a i w robocie wolnego czasu jak na lekarstwo. Pięć setek metrów kwadratowych na samej folii samoprzylepnej prognozuje prace po godzinach. Cholerne naklejki, które trzeba wycinać po obrysie… Brrr!!! Zgroza, która dezorganizuje zupełnie plan zajęć podporządkowując sobie nas niczym ZSRR republiki bałtyckie. Świat usług poligraficznych wciąga niczym „brown sugar”, kusi zyskami i wyostrza apetyt na więcej i coraz więcej. Szkoda, że moje zdolności designerskie są delikatnie mówiąc mierne, bo ta karuzela zakręciłaby jeszcze szybciej i efektywniej. Wszak mój konsumpcjonizm osiągnął już stan kapitalistycznej paranoi, czyli wyścigu baranów, w którym nie wystarczy zneutralizować samca alfa. Stado biegnie obok siebie całkowicie nie zważając na innych – co najwyżej ich kopiując. Gdzie będzie finał? W rzeźni? Tego nie wie nikt w przeciwieństwie do widocznego przepływu „środka płatniczego”, którego kochają wszyscy. „Chudy Jurek” sprytnie tytułował go „bratem Jezusa”, mimo, że zakrawa to na bluźnierstwo. Bo jak wytłumaczyć, nawet samemu sobie: Bejing Gold, mołdawskie wina, czy Koźlaka z browaru Amber? Dzika zachcianka, poszukiwanie nowości, zwykła ludzka ciekawość? Niedorzeczność! – krzyczy anioł na oknie dachowym. Geniusz, mimo niezrozumienia! Viva konsumpcjonizm! - ripostuje go diabeł na parapecie. Wszystko finalnie i tak zweryfikuje Wielki Motorniczy. Serafini mogą zaszczekać czarty, a kołowrót będzie się kręcić, bo taka kolej rzeczy dla ludzkiego jestestwa.
10.02.2009 :: 00:28



Wyższa kultura

Nie wiem czy to wyższa kultura… Raczej niższa… Oglądasz w domu na kilkucalowym monitorze to co powinieneś zobaczyć dawno temu na „dużym ekranie”… Powinieneś… Może gdybym mieszkał w mieście które dba o swoich mieszkańców, gdzie kino nie ogranicza się jedynie do hollywoodzkich produkcji z przed kilku miesięcy. Gdzieś działają przecież kina alternatywne, do których uczęszcza współczesna bohema. Warszawa na pewno, może Kraków, Wrocław… Ale Tarnów? Miasto „polskiego Edisona” to zupełnie inna bajka. Jeden Vitae Valor wiosny nie czyni. Co roku na całym świecie powstają tysiące ambitnych produkcji, z których większość ginie w swoim kraju, nigdy nie przekraczając granic. Filmy… Najbardziej trafiają w głowę latynoskie produkcje. „Cronicas”, „Pachuca”, „Zbrodnia ojca Amaro”, „Bombon El Perro”… Mógłbym tu przytaczać dziesiątki tytułów, ale to całkowicie bez sensu… Nasi południowi bracia z Bałkanów też mają się czym pochwalić. Co prawda nie polecam „Obiecaj mi”, choć Emira Kusturicę szanuję, ale „Miłe, martwe dziewczyny”, „Prevrteno”, czy „Karaula – posterunek graniczny”, to solidna słowiańska robota. Wyższa kultura? Dobre sobie. DivXy z torrentów, to jak smoking blendy. Czytaj: marna namiastka… Co jednak począć, gdy w długie wieczory nie ma co do roboty? Dysków zasypanych olbrzymią ilością zdjęć nie chce mi się sortować. Większość to gówno, z którego nie będzie pieniędzy przede wszystkim dla mnie, nie mówiąc już o fotografach. Ty Inez się nie martw – kilka jest naprawdę dobrych, ale to wciąż mało, a powiększenie zbioru wymaga od LENIA samozaparcia… Na razie dziękuję serdecznie – nie skorzystam. Książki? Biblioteki dawno nie odwiedzałem – mam awersję po lekturze „Wilków” Roberta Gonga . Potrzeba mi czasu, „Fado” Andrzeja Stasiuka lub dobrego stuffu. Ten ostatni pewnie nie sprawi, że sięgnę do klasyki utożsamianej z Dostojewskim, ale może odwiedzę ten budynek przy ulicy Staszica, gdzie wśród regałów ponurkuje za lekturą z moich ukochanych Bałkanów. A może kupię kratom i w psuedoopiatowej rozkoszy przeczytam wreszcie zbiór opowiadań Charlesa Bukowskiego: „Najpiękniejsza dziewczyna w mieście”…
12.02.2009 :: 23:59



Lost, Matrix & alcohol

Chyba nie powinienem nic pisać, gdy w mych żyłach krąży krew zatruta alkoholem. Kiedyś miałem taką zasadę, którą złamałem wraz z napisaniem pierwszego wiersza w stanie nietrzeźwym. Tyle że wtedy alkomat nie wskazał by spożycia, a dziś jest na odwrót. Siedząc samemu w kuchni po dwuodcinkowym seansie piątej serii „Zagubionych”, mając w zasięgu ręki puste butelki po Reed’sach i orzechowy tort na talerzyku człowiek uświadamia sobie moc „Wielkiego Motorniczego” . Czego, ja tak w zasadzie pragnę? Czy moje marzenia są zapisane w podświadomości, że nie mogę do nich dotrzeć? To tak jak z pędzącym po Matrixie króliczkiem, za którym gonił Neo. Life, life, life… Wszystko niby takie proste, ale czy prawdziwe? Może bredzę, bo jestem pijany, ale z całą pewnością moje wątpliwości istnieją naprawdę? Egzystencjalne dylematy, które chodzą za mną od lat. I tylko „Apple – piwo o smaku jabłkowym” na szyjce butelki sprawia, ze nie postrzegam rzeczywistości jako iluzji. Średnią skurwysyństwa podtrzymam grabiąc sąsiada Sawika. Rzecz jasna w Travianie. Utrzymanie poziomu chamstwa i kłamstwa dziś sobie daruję. Bo po co? Po chuj? Musiałbym się wysilić, a jak wiecie jestem LENIEM. Po kropce postawionej po napisanym wielkimi literami synonimie nieroba powinienem równocześnie wcisnąć Alt i F4, a na pytanie: „Czy zapisać?” odpowiedzieć przecząco. A Wy drodzy czytelnicy trafiający przypadkiem na „Life, sex & psychodelic” powinniście się zatrzymać na blogu jakiejś laski walczącej z anoreksją zamiast u mnie. Powstrzymam się jednak od kasacji tych wypocin, z uwagi na to, że nie często jestem pijany, a już zupełnie nie staram się tworzyć w takim stanie. Oszczędzę też co po niektórych przypadkowych gości od tekstów w stylu: „Dziś zjadłam tylko biszkopcika…” Pewnie rano kierowany przez własną nieskromność przeczytam ten bełkot i szczerze się uśmieję. Wiedzcie jedno! NIE JESTEM ALTRUISTĄ!!! Robie to dla siebie i tylko dla siebie. Matrix zbudowały chyba jakieś roboty, a moja karma to etanol wieczorem. Wystarczy…
15.02.2009 :: 22:45



Pieniądze wg Alter Ego

Po dłuższej przerwie to ja musiałem rozruszać zapiski kildeisa, bo biedak nie ma czasu… O ironio! Ustawianie grabieży na słabszych sąsiadów i sprzedaż na Allegro całkowicie go pochłonęły. Zmęczony jest i głupi jednocześnie. Nie to żebym go ośmieszał, czy też był złośliwy w stosunku do jego osoby, ale wybaczcie – nikt normalny nie siedzi godzinami zalogowany na tej "przeglądarkowej" grze (czytajcie Travianie). Dobrze, że w realnym życiu wiedzie mu się nie najgorzej. Prosperity w firmie, w której pracuje zjada jego czas jak bażant stonkę, a wirtualne pieniążki raz zasilają konto, a raz je osuszają. Przepływają niczym łódki na morzu… Nie narzeka jednak, co wnioskuje po naszych rozmowach. Pieniądz jest co prawda rzeczą nabytą, aczkolwiek w dzisiejszych trudnych czasach, w dobie rozdmuchanego z niczego kryzysu bardzo się przydaje. Nasz bohater zaś i jego żona Anita chcą dokończyć urządzanie mieszkania jeszcze przed pojawieniem się Amelki… Na to zaś potrzeba czego? Dobrze wiecie i ja też wiem… O kurza twarz! Kildeis mnie zabije, bo miałem o tym nie pisać. Anita mnie z kolei dobije! Wypaplałem… Będzie córeczka. Chyba…
25.02.2009 :: 22:04