Czas, czas, czas...

Czas mija szybko – wręcz za szybko, a ja pomny własnej wypowiedzi, nie chcę, by w tym zawrotnym tempie przepływał mi przez palce. Zbyt wiele tego skurwiela straciłem, a teraz, gdy wszystko widocznie zaczyna się układać, odcięte głowy hydry lenistwa, wbije w ziemie obcasem, tak jak zgniata się karalucha myszkującego po mieszkaniu. Przez pewien okres czasu połamany ludzik na zbyt często igrał z losem… Aż dziw bierze, że ten rozdrażniony niczym nosorożec czarny przez odbywających safari turystów, nie zdemolował mnie, lecz dał jedynie pstryczka w nos na ostrzeżenie. Sława Bogu! Niewiadomo przecież, ile jeszcze chwil przyjdzie mi złapać w tym życiu…
04.02.2008 :: 23:53



Praca, dwie sroki i pomysł na notkę

Mój kolega Dariusz zmienił pracę na lepszą! Dodatkowo w swoim wyuczonym zawodzie! Nie byłoby w tym nic dziwnego i pewnie nie pisałbym o tym tutaj, gdyby nie fakt, że to zdarzenie całkowicie zrewolucjonizowało mój harmonogram dnia. Pewnie pomyślicie: Co to ma znaczyć? Jaka w tym analogia? Co jedno z drugim mawspólnego? Okazuje się, że bardzo wiele, gdyż na stanowisku, na którym do tej pory pracował, to właśnie ja zostałem zatrudniony, co oczywiście było skutkiem jego rekomendacji…

Praca w Lisiej Górze jako sprzedawca w sklepie z artykułami budowlanymi, praca na parkingu, miedzy czasie angielski we wtorki i czwartki, pisanie pracy magisterskiej… Oprócz tego wiele mniej lub bardziej ważnych zajęć. Wykończę się fizycznie? Raczej nie, ale w pewnym momencie będę musiał zaciągnąć hamulec bezpieczeństwa, gdyż oznaki niedyspozycji fizycznej mogą okazać się aż nadto widoczne. Jak na razie to jednak bliżej nie określona przyszłość…

Dla wielu ludzi praca na dwa etaty to chwilowa ewentualność mająca na celu poprawienie swojej sytuacji ekonomicznej, poprzez narzucenie sobie, jakby nie patrzyć pewnego kieratu. Podobnie ze mną… Kilka chudych miesięcy w zeszłym roku pokazało, że warto próbować łapać, choćby dwie sroki za ogon w jednym czasie, a perspektywa otrzymywania regularnie 1000 złotówek miesięcznie, za dosłownie „nicnierobienie” jest bardzo kusząca.

W mojej nowej pracy narzekać mogę jedynie na nudę, ale przy dobrym zaplanowaniu czasu „pracy” problem znika. Codzienna prasówka, dobra książka, długopis, czysta kartka i pomysł na kolejną notkę… Ot mój sposób na nudę! Dodatkowo stan i wnętrze sklepu przypominające wyglądem poprzednią epokę, w której karano za marzenia. Za oknem widok na centrum wsi i pobliski spożywczy SAM marki eLDe. Czego chcieć więcej? Kopalnia pomysłów, ale czy dobrych? To zweryfikuje już drań z poprzedniej notki…
12.02.2008 :: 00:00



Bin Laden: Opowieść pijaka

Widziałeś tego sokistę? Tego niskiego z wąsem. Co? Nie wiesz który? Ten taki krępy, niski. Mówię Ci! Słoma mu z butów wystaje! Kawał ścierwa! Pfu! Wczoraj na „Secesję” wchodzę. Popołudniu. Wiesz – po zupę. A ten siedzi i obiad żre. Nic go nie zaczepiałem. „Dzień dobry” tylko mówię, bo kultura wymaga. Tych wszystkich sokistów i policjantów z dworca to znam przecież. Wszystkich. A ta szmata do mnie znad talerza: „Spierdalaj stąd gnoju!” I mnie opluł wieśniak pierdolony. Tak za nic po prostu. Jak się nie zamachnąłem i jeb mu w pysk. Pięścią! Tak dostał, że nogami się nakrył, stolik i talerze poprzewracał. Farbę z nosa puścił. Ci z „Secesji” to od razu na interwencje zadzwonili, a ja nie uciekałem, tylko zupę se wziąłem i jadłem. Nawet się za tą kurwą nie oglądałem. Jak policja przyjechała to mnie zabrali do suki. Pijany to wcale nie byłem. Z rana to żeśmy tylko ze dwie flaszki wypili. Nie więcej… I jak mnie te psy prowadziły, to się mnie pytali: „Coś Bin Laden znowu nawyprawiał?” Ja mówię, że nic, a oni, że gdyby nie interwencja to by mnie puścili, a tak nie mogą. „Ten sokista to faktycznie kawał kutasa i dobrze żeś mu przypierdolił” – mówił ten taki wielki pies. Wiesz który? Ten taki gruby, co jak beczka wygląda. Był z nim jeszcze taki jeden, co to z moim synem do szkoły chodził. I on mówi, że biorą mnie na izbę, potrzymają do rana i wypuszczą. Faktycznie wyszedłem dziś rano. A tego chuja to kiedyś zajebię. To jego trzecie ostrzeżenie było! Teraz tylko czekam, jak moi ludzie wrócą z Niemiec. Do domu nie dojdzie! Złapią, wywiozą w las, do drzewa przywiążą i potrzymają przez tydzień o chlebie i wodzie. Nie będzie wiadomo co i kto. Później, jak gad zmądrzeje puszczą gołego i niech spierdala. Nikt nie będzie wiedział. A jak coś wyjdzie to przecież drugi raz kary śmierci nie dostanę. Już raz mi w stanie wojennym czapę dali. Tymi rękami dwóch zomowców załatwiłem. Tymi rękami! I ich własną bronią! Bo jakbym tego nie zrobił, to bym teraz leżał pod ziemią zamiast nich. Sąd Najwyższy mnie zamienił stryczek na 25 lat pierdla, ale i tak 1,5 roku w celi śmierci przesiedziałem. I co? I chuj! Wypuścili mnie! Dobra idę, bo mam parę rzeczy na mieście do oblatania. I butelkę wódki w tej reklamówce! Trzymaj się! Trzeba to wszystko przetrwać! Wiesz jak jest! To ci Kazek mówi, bo go życie nauczyło. Żegnam.
14.02.2008 :: 00:56



Opowieść niemieckiego repatrianta

Sobotnie popołudnie, czyli nuda – jak zawsze o tej porze na parkingu. Siedziałem na ławce z lewa słuchawką wciśniętą do ucha, z której sączyły się leniwie wypowiadane przez kobiecego lektora angielskie słówka i zwroty. Poprzedzały je polskie odpowiedniki. Poproszę paszport – Can you have your passport please? Tak. – Yes. Jak się nazywasz? What’s your name? Wszystkie te wyrażenia płynęły po kablu wprost do mojego ośrodka słuchu... Powoli zaczynało robić się mocno miętowo. Przymknąłem oczy próbując wygrać w starciu z Morfeuszem, ale to on miał przewagę. Nagle ze stanu uśpienia wyrwał mnie hałas wjeżdżającego na parking pojazdu. Otworzyłem momentalnie oczy. Przede mną stała czarna Honda Civic, z której wyszedł starszy, lekko szpakowaty mężczyzna. Po werbalnej wymianie informacji dotyczącej opłat za postój usiadł obok mnie na ławce...

Wie Pan! Na żonę czekam, bo wraca właśnie z Niemiec. Od syna. Dzwoniła niedawno. Wyjechali niedawno z Katowic, więc pewnie ponad godzinę postoję. Sindbadem wraca. Mówię Panu! Potężna firma się zrobiła. W całej Europie znana. Zresztą wygoda i komfort, jak w niemieckim szpitalu. Mój Boże! Kilka miesięcy leżałem w Mannheim, więc wiem. Źle ze Mną było. Bardzo źle! Dwa dni po przyjęciu, w nocy, lekarz dzwonił do mojej żony, żeby przyjechała, bo nie dożyję do rana. Pan Bóg jednak czuwał! Widział Pan ludzi z Auschwitz po wyzwoleniu? Ja wyglądałem znacznie gorzej po wyjściu ze szpitala na pierwszą przepustkę. Cztery miesiące kroplówka. Nic nie miałem przez ten czas w ustach. Pewnie się Pan zastanawia, co mi było, nie? W brzuchu pękła mi tętnica, a krew się wylała do środka. Zakrzep powstał! Olbrzymi! Lekarze mówili, że coś takiego pierwszy raz widzieli. Zanim do szpitala trafiłem to trwało dobre dwa tygodnie. Mówię Panu! Nic mnie nie bolało. Nie wiedziałem nawet, kiedy to mi się stało. Poczym! Dopiero niedawno doszedłem, że to mogło być przez takie jedno zdarzenie. Chciałem skrócić ceownik. Naciąłem go tylko. Myślę sobie: „Jak stal, to się przecież złamie, jak na nie naskoczę!” Skoczyłem. Złamało się, tylko ja poczułem ból gdzieś w środku. To był moment. Przeszło po kilku minutach. A tu się okazuje, że to chyba wówczas mi ta żyłka pękła. Tak jak Panu mówiłem – chodziłem z tym chyba ze dwa tygodnie. I nagle w domu ciach! Zemdlałem! Żona od razu pogotowie wezwała. Lekarze nie wiedzieli co mi jest. Dopiero prześwietlenie wykazało, że koło wątroby takie coś wielkiego mi się utworzyło. To był zakrzep, a ta krew już powoli zaczynała gnić! Nastąpiło zatrucie. Nadgniły mi: wątroba, nerka i żołądek. Od razu mnie na operacje do Mannheim helikopterem przewieźli. Po udanej operacji byłem w śpiączce 2 miesiące. Gdy się obudziłem to była sensacja. Telewizja przyjechała! Pokazywali mnie, bo byłem pierwszym i jedynym, który wyszedł cało z czegoś takiego. Prze prawie rok mnie rehabilitowali. Wszystkiego się na nowo uczyłem. Chodzić, mówić. Byłem jak niemowlak. Bóg jednak pozwolił jeszcze żyć. Gdyby to się stało w Polsce już by bujna trawa nade mną rosła. Gdyby nie los… Gdyby nie Bóg! Wie Pan! Pochodzę z tego regionu, spod Tuchowa. Za młodu życie przesiedliło mnie na Śląsk. Przez kilkanaście lat pracowałem w kopalni. Pod ziemią, na ścianie. Tam na Śląsku poznałem swoją żonę – Ślązaczkę, Niemkę z pochodzenia. W latach 70 wyjechaliśmy do RFN. Później mieszkaliśmy kilka lat w Austrii – we Wiedniu, ale znów wróciliśmy do Niemiec. Po tym wypadku, za pieniądze z odszkodowania, chciałem kupić Mercedesa S – klasy. Myślę sobie jednak: „ Po cholerę mi taki samochód? Przecież tańszym tez będę jeździł! Coś mi mówiło, aby wrócić do kraju. Wybraliśmy się więc z żoną w moje rodzinne strony. Długo jechaliśmy, bo przeszło tydzień. Mi się nie spieszyło. Słaby byłem, bo to kilka miesięcy po rehabilitacji. Jak dojechaliśmy, to żona się pytała mnie: „Jak się czujesz?” Ja jej odpowiedziałem, że „chyba jeszcze coś ze mnie będzie, bo czuję się całkiem dobrze.” W czasie tego pobytu, od krewnego, dowiedziałem się, że w Pleśnej jest do kupienia ładna działka. Kilka lat temu to było, więc jeszcze ceny nie były tak wysokie. Mówię żonie: „Kupmy! Pieniądze są! Samochód się rozleci, a ziemia zostanie!” Zgodziła się. Na tej działce postawiliśmy mały domek. Żona sobie ogród zaprojektowała. Mówiec Panu! Śliczny! I tak teraz jakoś… O! Widzi Pan! Sindbad przyjechał. Idę po małżonkę i bagaże. Albo nie! Wie Pan co?! Zapłacę od razu za parking. Ile to będzie? 3 złote? Trzymaj Pan dychę. Niech Pan reszty nie szuka. Rest für Sie! Aufwiedersehen!
18.02.2008 :: 23:33



Nowe rozdanie II

Moja ponad tygodniowa absencja, jako blogera skończy się dzisiaj! Mam nadzieje! Chyba, że plany wezmą w łeb, wszystko się posypie, a to, co zacząłem pisać spłonie w wielkim, acz krótkotrwałym ogniu niezrealizowanych zamierzeń. Miejmy jednak nadzieje, że to jedynie najczarniejszy scenariusz, który z góry – przynajmniej czysto teoretycznie – skazany zostanie na porażkę z pozostałą jeszcze do końca dnia ponad setką minut…

Pisałem wcześniej o swojej nowej pracy. Wszystko pięknie, tyle tylko że „nowa praca” na dzień dzisiejszy okazuje się „starą pracą”. Dodatkowo niezbyt miło wspominaną, gdyż sposób, w jaki zostałem potraktowany przez szefostwo tejże hurtowni, dla mnie, jako człowieka starającego się załatwić w miarę możliwości wszystko polubownie, zasługuje co najmniej na złożenie wyjaśnień przed Państwową Inspekcją Pracy. Nie chcę tutaj wdawać się w szczegóły, gdyż naprawdę wolałbym o całym zamieszaniu, jakie wynikło ze złożenia przeze mnie wymówienia, nie myśleć. Zbyt dużo kosztowało mnie to nerwów i siły, bo nie jest normalne, że w momencie złożenia przez pracownika wypowiedzenia, daje się mu do podpisania umowę o odpowiedzialności materialnej. Nikt przy zdrowych zmysłach takiej umowy nie podpisze – więc oświadczyłem stanowczo, że nie złożę autografu ani pod tym, ani pod żadnym innym dokumentem, jaki mi przedstawią. Taka postawa poskutkowała próbą wymuszenia na mnie złożenia podpisu, co jest oczywiście przestępstwem. Tenże fakt zgłosiłem w odpowiedniej placówce, lecz wątpię, żeby na policji wszczęto postępowanie z tego tytułu. Wystarczyć mi musi, choć po trochu przemawia za mną złośliwość, satysfakcja z dojebania Jędrzejowi – mojemu byłemu przełożonemu. Należy się mu za chamstwo i głupie cwaniactwo. Nie powinien mnie także zwolnić dyscyplinarnie, ale słuszności tej racji nie zamierzam dochodzić przed żadnym sądem. Szkoda czasu na wędrówki po salach sądowych…

Roman – mój nowy pracodawca okazał się serdecznym i bardzo miłym człowiekiem. Nie dość, że bez względu na wynik mojej potyczki z hurtownią, obiecał, „że praca czeka”, to jeszcze pomógł mi, we wspomnianym starciu. W firmie, w której zacząłem pracować panuje prawie rodzinna atmosfera i myślę, że jest to dobry nie tylko z finansowego punktu widzenia wybór. Liczz się również kwestia dojazdu. Wielkie podziękowania należą się tutaj mojej szwagierce i mojemu teściowi, gdyż to z ich polecenia dostałem tą pracę. Myślę, że będę zadowolony, mimo wcześniejszych obiekcji. Myślę… Będzie dobrze!
26.02.2008 :: 23:00