Pierwszy post? Zaryzykuję...

No cóż... Zawsze byłem niechętny do blogów. Wynurzeń ze swego bagna codzienności, problemów, dylematów... W sumie... Trochę przesadzam i przyznam się do czegoś... Jestem czytelnikiem jednego z blogów - mej internetowej znajomej od hardckoru - jak ją nazywam. Muerto tak damie na imię. Nie potrzebnie abstrahuje od tematu! Do rzeczy!!!

13.XII 2006 W kiosku na ladzie pozostawiłem 4,5 pln. Pani grzecznie podała kolejny numer "Wprost". Oczywiście pierwszy rzut okiem na Mazurka & Zalewskiego. Humor, który z rana był, nieużywając niecenzuralnego określenia zły, poprawiony. Rzut okiem na spis treści - szybkie kartkowanie. Artykuł o blogach...

Już wiem! Zamknęli forum smartshop.pl Jestem rozgoryczony... Policja prawdopodobnie! Jebane psy, a ja mam głód pisania. Rzut okiem na artykuł raz jeszcze. Już wiem! Zaczynam pisać blog! A co! Też się popluskam w bajorze mej codzienności, banałów i trywialności. Najwyżej się pobrudzę i wejdę pod prysznic zwany DELETE i się umyję. Zaczynamy!
14.12.2006 :: 21:30



Coś tam już wiem

Pierwszy post już mam za sobą. Szczerze mówiąc myślałem, że to całe blogowanie jest łatwiejsze. Niestety przeliczyłem się, ale pewnie jak mi się jeszcze będzie chciało dojdę do wprawy, bo jak na razie to całe serwowanie po ramkach, ustawieniach, tytułach i innych pierdołach jest trochę zbyt absorbujące... Nie od razu Rzym zbudowali!

Póki co to nie martwi mnie wyłącznie to. Zamknęli forum smartshopu! Wiem, wiem powtarzam się, ale to było jedyne forum, które nadawało się do czytania. Mam nadzieje, że komunikat pt: "przerwa organizacyjna" zniknie i mym oczom ukarze się dobrze znany obraz strony głównej ze "szałtem" na dole.

Wreszcie przygotowuje się do podróży psychodelicznej na grzybkach magicznych, która ma być wejściem w głąb mego "ja" i podsumowaniem tego roku. Oczywiście z Enyą w tle...
14.12.2006 :: 22:00



Dzień jak codzień

Witam po przerwie na odpoczynek i pracę. Czuję się uszczęśliwiony, ponieważ niecały dzień po starcie odwiedziło mnie 15 osób. Kolejne 15 osób dowiedziało się, że moje życie to seks i psychodeliki. Miło nieprawdaż?

Dziś w robocie dzień, jak co dzień. Do znudzenia powtarzana kwestia, że do pół godziny opłata wynosi 1 zł, a do godziny 1,5 zł. Wokół ćwierkające wróble, które karmię codziennie resztkami ciastka z drożdżówki. Te małe stworzonka tak się rozochociły, że podlatują bardzo blisko - zaraz koło moich nóg. Niestety biorąc pod uwagę, że kursuje z jednego końca parkingu na drugi n razy (n zmierzające do nieskończoności), to gdzieś za pół roku mi odbije. Ale to dopiero za 6 miesięcy, więc nie ma się czym przejmować...

Dzień, zwykły szary dzień... W sumie to nic ciekawego się nie działo. "Mój" bezdomny nie przyszedł. W sumie dobrze - nikt mnie nie denerwował. Boguś, bo tak mu na imię (temu bezdomnemu) troszeczkę za bardzo się rozpanoszył na "mym" parkingu. Obraził się pewnie, bo powiedziałem mu wczoraj, że jest leniem, któremu nie chce się nawet puszek po piwie z parku pozbierać. Nie dość, że pozwalam mu zajmować wspaniałomyślnie miejsce na ławce, to on mnie po prostu wkurwia. Opowiada bzdury, kim nie był, czego nie przeżył, kogo nie zna w gruncie rzeczy jest jedynie starym alkoholikiem, któremu wódka zabrała dom, rodzinę i zdrowie, a na dodatek namieszała w łepetynie. Szkoda to mi go może było przez pierwszy miesiąc jak go poznałem...

Spotkałem dziś koleżankę z liceum. Fajna dziewczyna była - zresztą jest. Rozmawialiśmy chwilę. O studiach, pracy, Anglii, gdzie była 1,5 roku. Czyżby jednak wyspiarskie życie nie było tak usłane różami, jak większość mówi. Wszystko ma swoje plusy i minusy...
15.12.2006 :: 15:30



Salvia divinorum - kulka

Do napisania tego Trip Raportu zabierałem się dość długo. Ciężko pisać o swym najmocniejszym doświadczeniu psychodelicznym zaraz po jego ustaniu. Raz nie byłem gotowy, dwa na wspomnienie tego wydarzenia napływają mi do oczu łzy, a nie są one ani oznaką strachu, ani wzruszenia, ani tym bardziej żalu. Szałwia zmiotła moje spojrzenie na świat z siła i prędkością bomby atomowej, pozostawiła podobną po niej pustkę, jednak z tym że elementy mego światopoglądu starte na proch stworzyły całkiem nową jakość. I nawet patrząc na to teraz z perspektywy czasu, gdy wróciłem w części do dawnych przemyśleń, przyzwyczajeń, muszę powiedzieć, że całe me życie stało się bogatsze, pełniejsze, wydawać by się mogło, że lepsze, ale czy tutaj jestem odosobniony w tym twierdzeniu?!

Do rzeczy! Schemat od dawna już ten sam. Butla pięciolitrowa, z otworem na dole - otwór zaklejony taśmą, olbrzymi cybuch z aluminiowej folii i jedyną nowością, w tej całej scenerii jest zawartość cybucha – ekstrakt x5 0,4g + 1g suszu Salvii Divinorum. Mocno przypalam - woda staje się dymem - wyrzucam cybuch z popiołem - ściągam 4-5 olbrzymich sztachów…

SD paliłem u siebie na podwórku. Klimat jak najbardziej sprzyjający. Gwieździsta noc, ujadający gdzieś w dalekim sąsiedztwie pies, cisza i spokój, a co najważniejsze świadomość, że domownicy już dawno śpią.

Początek był standardowy. Zmiana perspektywy widzenia, załamanie się, następnie jednocześnie skurczenie i pogięcie obrazu, który przypominał wrzuconą do kosza zmiętą kartkę papieru. Zawsze, podobnie wtedy, świat zewnętrzny staje się królestwem Lady S. – sferą żywcem wyciętą z ekranizacji „Władcy Pierścieni – Drużyny Pierścienia”, przedstawiającą życie hobbistów. Gdybym chciał przedstawić to w sposób wizualny, obraz otoczenia oddaje scena, w której Gandalf z Bilbem palą fajkowe ziele. Obraz ów idealnie pasuje do mego postrzegania świata na szałwii.

Coś, ktoś lub może ja sam, zmusiło mnie do zamknięcia oczu. Wówczas byłem pewny, że je zamknąłem, dziś już wiem, że na szałwii pewny można być jedynie tego, że nic nie dzieje się naprawdę. Przez zamknięte powieki (a może miałem otwarte oczy?) zobaczyłem moje podwórko, a po kilku sekundach – o ile w ogóle w tym stanie świadomości istnieje coś takiego jak czas – małą kulkę, której ruch przeciął obraz tworząc niby trójkąt z widoczną wyraźną granicą, lecz bez podstawy. Punkty zamykające tę krzywą znajdowały się na mojej i śpiącej siostry głowie. Wszystko było tak realne dokładne, że widziałem profil ścian przeciętych przez kulę.

Nagle niby trójkąt wypełnił się bielą. Zobaczyłem jakby osobę w kapturze – coś na kształt nazarenos, pątników uczestniczących w procesjach z okazji Semanta Santa w Hiszpanii lub też członka Ku-Klux-Klanu. Widok jak dla mnie był przerażający, chociaż w gruncie rzeczy nie było to nic strasznego, ale pustka i nicość wyglądająca z oczodołów postaci były zatrważające. Otworzyłem oczy lub wszystko znikło, a oczom ukazał się znów widok tolkienowskiego świata. Czułem się jak porażony, i jak nigdy nie ruszam się z miejsca po SD, tak wtedy chodziłem po podwórku, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Do równowagi emocjonalnej dochodziłem długo, a tej nocy pewnie bym nie zasnął, gdyby nie piwo i napar z melisy i lobelii. Rano obudziłem się z bolącą głową i wciąż klarownym widokiem tej postaci, którego pewnie nie zapomnę do końca życia. Symbolika tripu jest miażdżąca i dopiero po kilku tygodniach ją w pełni zrozumiałem/zinterpretowałem, ale zbyt osobista by o niej mówić.
15.12.2006 :: 16:00



Weekendy Frau Tackiej

Wstać rano, zjeść śniadanie, szybki prysznic, spakować do plecaka zeszyt, kawałek długopisu, legitymację, wyjechać z domu o 15 minut za późno, nie rozwalić samochodu po drodze, zostawić swój pojazd przed dworcem, kupić bilet, wskoczyć do pociągu równo z gwizdkiem konduktora… Rozłożyć się wygodnie w przedziale, odetchnąć głęboko i zrelaksować się, bo znów się udało – bezcenne!

W Rzeszowie niestety dowiedzieliśmy się dopiero na miejscu, że nie ma seminarium. Obydwaj byliśmy „z lekka zdenerwowani”, a Vienio powiedział jedynie tyle, że za głupotę się płaci. Miał rację chłopak, bo równie dobrze każdy z nas mógł być u siebie i robić coś innego – wystarczyło sprawdzić na stronie uczelni. Niepotrzebnie, więc „zabijałem się” chcąc zdążyć na pociąg, a na dodatek wycieczka uszczupliła mój portfel o całe 25 złotych…

Na licencjacie lubiliśmy się z Vieniem, lecz rzadko ze sobą rozmawialiśmy, bo przydzielono nas do różnych grup ćwiczeniowych. Na naszej wspaniałej uczelni obecnie jest moim najlepszym kumplem, zwłaszcza, że klimat troszeczkę korzystniejszy, taki rzeszowski i bardziej kolejowy…

W drodze powrotnej z braku wolnych miejsc wylądowaliśmy w przedziale dla palących, gdzie paradoksem było to, że z 6 osób, ani jedna nie paliła. Były za to dwie pijane dziewczyny, z których jedna „zawsze wsadza do środka”. Co prawda nie dowiedziałem się co, ale z wielką radością wepchnąłem z całej siły wystający… uchwyt walizki należącej do Pani Wkładalskiej.

- Szkoda tylko, że tu wszyscy fajni faceci zaobrączkowani… - westchnęła do towarzyszki

- Uhm – potwierdziła Panna Mocno Wstawiona

No cóż! Mi chyba jednak nie bardzo, bo „me” pijane „piękności” urodą nie grzeszyły…

W Tarnowie byłem o 13.00, a już o13.30 jadłem już bardzo smaczny obiad u teściowej. Po obiedzie relaks przy bawarce i czekoladzie, wśród przepalonych żarówek od choinkowych lampek. Fascynujące zajęcie sprawdzać, która lampka świeci… To było naprawdę piękne – bez ironii, ze szczególnym uwzględnieniem herbaty…

Około cztery godziny, jak nie więcej pisaliśmy tego samego jeszcze dnia z Anitą odpowiedzi, na te cholerne pytania z menedżeryzmu. Jak się później – w niedziele – okazało, całkiem niepotrzebnie, bo kochany pan doktor przepisał oceny. Kolejne 3,5 w indeksie…

Niedziela nie różniła się niczym szczególnym od innych studenckich niedziel, oczywiście w moim wykonaniu. Zostawiłbym ją bez komentarza, gdyby nie dwie sprawy. Pierwsza to fakt, że jakaś „piękna” zajęła mi temat – niedoszły mój temat – pracy magisterskiej, zmuszając mnie tym samym do wyboru czegoś innego. Po drugie pies mojej cioci. Miki, bo tak właściwie wabi się psisko, którego ciało już dawno powinny zeżreć robaki, nieświadomie pewnie sprawił, że ciocia z wujkiem nie przyjadą na święta. Niestety źle pojęte przywiązanie do czworonoga, wcale nie wskazuje na strzykawkę, jako środek pomocy w starczych konwulsjach temu zwierzęciu, po drugie zaś sprawia,że święta prawdopodobnie nie odbędą się w pełnym komplecie osobowym…

Jeszcze jedynie odnośnie tytułu…Pewnie ktoś zastanowi się kim jest Pani Tacka i co wspólnego ma ona z treścią. Moja licealna germanistka, właśnie Pani Tacka, nienawidzi słowa ‘łikend’, dlatego z przekory mówiła ‘weekend’. I właśnie kiedyś ten mój „koniec tygodnia” wyglądał inaczej. Priorytetem było się zachlać, iść na dyskotekę, co w gruncie rzeczy równało się pierwszemu, bądź zapalić zioło. Dziś priorytet się zmienił ,a jest nim przede wszystkim zdążyć, bo zajarać mi nie wolno – Anita zabrania…Alkohol zaś znielubiłem…

Czasy się zmieniają i już nic nie jest takie samo. Niech więc weekend pozostanie, chociaż tym starym ‘weekendem’, chociażby z nazwy i sympatii do Frau Tackiej…
18.12.2006 :: 16:30



Posty pisane na kartkach

Dziś zdałem sobie sprawę, że moje życie nie jest wcale nudne – jest wręcz ciekawe. „Nawet człowiek, który prowadzi najnudniejsze życie pod słońcem, może uważać je za w pełni satysfakcjonujące i zarazem fascynujące”. Powiedziała to moja koleżanka i dopiero dziś wyzwoliło się na moich oczach z objęć banału. Dopiero…



Może kiedyś na podstawie mego blogu napiszę książkę i stanie się ona bestsellerem, jak ta pozycja z kodem w nazwie? Może…
18.12.2006 :: 17:30



Kpina z głupoty

Ludzie są dziwni! Jak się spóźnisz to łajają Cię, nawet wtedy, gdy to z korzyścią dla nich. Zresztą większość ludzi traktuje mnie jak nieprzymierzając komornika, który wyciąga im z kieszeni ostatni banknot. Ja jedynie czynię to z bilonami śmiesznych nominałów, a na dodatek, zbieram to co się mi i mojemu szefowi należy.

"Stojąc na płatnym parkingu, należy liczyć się z opłatami" - maksyma, którą przyjąłem, powinna być wypisana zaraz pod taryfikatorem na znaku i na karcie postojowej... W ogóle to wszędzie parafraza tego hasła powinna być wypisana/wymalowana/wygłaszana itd. Bo głupotę tępić trzeba, żeby więcej nie było sytuacji typu: "Przecież ja tylko 20 minut stałam - bądź Pan człowiekiem!!! Musze płacić?" lub "Czy mogę stać do 13 i nie płacić?" I żeby nie było stawania w poprzek parkingu, śmiecenia, plucia, sikania, oddawania kału, rzucania petów... Bo jeżeli ma to wszystko być, to może lepiej niech nie będzie niczego, jak u Kononowicza...
19.12.2006 :: 17:30



Kpina z bezmyślności

Jestem kpiarzem, a ma broń to ironia...



Dziś, po raz kolejny potwierdziło się moje przypuszczenie, że ludzie są głupi. Wielu uważa sie za nadludzi, ale przedrostek "nad" należało by dodać do ich stopnia imbecylizmu, który jest i tak wyższy od średniej krajowej. Niestety średnia krajowa w tym aspekcie i tak jest za wysoko, ale czego spodziewać się po społeczeństwie, w którym najpoczytniejszymi dziennikami są brukowce: "Fakt" i "Super Express".

Facet zastawił drogę dojazdową do Placu Dworcowego. W samochodzie zamknął dwa psy i poszedł nie wiadomo gdzie. Pewnie uszło by mu to płazem, gdyby nie przyjeżdżała obok śmieciarka, a że wcześniej jechały jedynie zwykłe osobówki, udało im się jakoś przecisnąć. Panowie z MPGK głośno trąbili, ale facet nie przyszedł. W końcu sześciu gości przeniosło ten zaparkowany samochód tak, aby śmieciarka przejechała. Między czasie przyszedł policjant i na kwitku wymierzył stosowną karę grzywny Panu Bezmyślnemu, który zjawił się akurat, gdy Pan Władza Wykonawcza za wycieraczkę samochodową wkładał stosowny kawałek papieru.

Nie wiem jak się to zakończyło, ale podejrzewam, że wysokim mandatem. Bezmyślność tępić trzeba tak jak głupotę i oczywiście zamknąć wszystkie "Fakty" i inne gady, bo brukowce czynią ludzi nadimbecylami, co przedstawia opisany przypadek... Nie muszę chyba pisać po jaką prasę poszedł Pan Bezmyślny...
20.12.2006 :: 22:30



Świąt Bożego Narodzenia promocja

Okres rodzinnej radości, szczęści, okres, gdzie bledną wszelkie problemy, okres pojednania, miłości… To właśnie Boże Narodzenie – święta, które uwielbiam za ich niesamowity magiczny klimat. Zastawiony suto stół,przy którym wszyscy siadają do wigilijnej kolacji, poprzedzając czynność tą dzieleniem się opłatkiem i wspólną modlitwą. Chciałoby się, a żeby ta godzina wspólnego bardzo rodzinnego posiłku trwała cały rok… Wiadomo jednak, że wszystko się kończy tak jak śpiewanie kolęd po wigilii – czas olbrzymiej ilości jedzenia jest wspaniały przez jeszcze następny dzień – później już zaczyna się „monotonia tego okresu”, bo tak nazywam świąteczną nudę. Kolędy zaczynają irytować, jedzenie brzydzi, odgłos telewizji przyprawia o torsje… A wszystko przez "podkulturę" pop, która tuczy nas przed świątecznym kolędowaniem, choinkami, bombkami, Santa Clausami itp. już dobry miesiąc wcześniej, sprowadzając ten niezwykły czas do rangi miesięcznego Werbungu, gdzie przesyt zamiast przyciągać obrzydza i przyprawia o mdłości.
24.12.2006 :: 18:30



Salvia Divinorum - Powrót do przeszłości

Okres świąt jest okresem sentymentalnym, więc cofnijmy się do czasów, kiedy to SD pierwszy raz się załadowała...


Trip raport ów napisałem 30 minut po mym pierwszym owocnym doświadczeniu z tą rośliną. Zgodnie z radą DziQa przygotowałem 5l butle napełnioną wodą, z otworem na dnie, do której dorobiłem cybuch z folii albuminowej, po czym wsypałem około 1g suszu i pozostałości z ekstraktu x5 (około 200mg). Zapalniczkę ustawiłem na 10 cm ogień – podpaliłem – po 1minucie butla zmienia zawartość – woda staje się śnieżnobiałym dymem – gryzie jak zawsze płuca, ale miły – chłodny. Ściągnąłem pierwszego bucha – trzymam do oporu, wypuszczam – już czuje jakby ktoś założył mi na głowę 10kg niewidzialny kapelusz, zaciągam się kolejnym. Świat się kurczy, wydmuchuje kapelusz staje się 3x cięższy, ostatnimi siłami ściągam olbrzymiego sztacha, oczyszczając butlę z dymu. Czuje, że płuca mi pękną, liczę… 10… 20… 40… 45… nagle bum padam na podłogę w łazience. Otwieram oczy – łazienka zwariowała – kafelki nakładają się na siebie odchodzą od ściany zbliżają się na przemian i oddalają ode mnie. Łazienkowy świat jak po 700mg DXM – hardckore… I uczucie, uczucie przeniesienia w czasie. Znów byłem tym małym chłopcem, który jeździł na wieś do dziadków, ufny, spokojny, a zarazem ciekawy świata. Moja łazienka zmieniła się w łazienkę moich dziadków, którą pamiętam z dzieciństwa. Nagle coś ze mną nawiązało kontakt, wiem śmiesznie to brzmi. Coś zwróciło się do mnie, żebym wyszedł z łazienki poszedł do pokoju. Wstałem, ale łazienkowy świat nie chciał mnie puścić, sufit stał się podłogą – podłoga sufitem. Znów osunąłem się na kafelki. I znowu smak dzieciństwa – smak radości i szczęścia. Przesiedziałem tak dobre 5 minut totalnie zaskoczony, nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć, cały czas słysząc w myślach nawoływanie z pokoju, ale już nie odważyłem się podnieść z kafelek. Po 10 min. Mogłem chodzić, chociaż jeszcze z pól godziny odczuwałem działanie SD, pod wpływem uwolnionych podczas tripu emocji będę pewnie jeszcze długo. Nie wiem czy to właściwe działanie szałwii – wiem jedno – do tej pory jestem tak kurewsko zaskoczony – nie wiem co myśleć – za to wiem jedno – obok naszej rzeczywistości na pewno istnieje inna płaszczyzna – inny świat, chyba świat SD, albo ona jest jedynie kluczem do niego. Ten i poprzedni trip mnie do takiego myślenia przekonały.
25.12.2006 :: 18:00



LSA - Testing

Postanowiłem wszystkie swoje eksperymenty z LSA streścić w jednym TR. Miały one miejsce we wakacje, dziś z racji  niechęci do pisania jakich kolwiek  postów po prostu je wkleje...


PODEJŚCIE I


Po otrzymaniu z CS przesyłki, jako człowiek niecierpliwy, zażyłem od razu jedno nasionko (HBWR), żeby sprawdzić czy zadziała, i chociaż trochę oswoić, o ile to możliwe z działaniem tej substancji. Po pół godzinie rozbolał mnie brzuch, jednak ból nie był zbyt silny i łatwo uporałem się z nim przy pomocy herbaty miętowej. Po godzinie ogarnęła mnie euforia, jak po pigule, zauważyłem także u siebie wyczulenie na dotyk, a co za tym idzie zwiększoną aktywność seksualną, stąd wnioskuje, że LSA w małych ilościach to całkiem fajny afrodyzjak. Efekty trwały około 4 godzin, po czym nastąpiło coś w rodzaju "zwała" podobnego do tego po MDMA, objawiającego się ogólnym zmęczeniem, chociaż mogło to mieć związek z tym, że po pracy tego dnia byłem dość zmęczony.


PODEJŚCIE II


Dwa nasionka, pogryzłem, trzymałem pod językiem około 10minut po czym połknąłem. Efekty dało się zauważyć już po 30 minutach, a była to silna euforia. Zdziwiłem się, bo spodziewałem się nudności i bólu brzucha, ale jak później się okazało, co się odwlecze... Chciałem nadmienić, że wcześniej piłem alkohol (75ml nalewki z damiany - ok 80% alkoholu - i likier czekoladowy- 100ml), aczkolwiek euforia której działanie zaobserwowałem była diametralnie inna od tej występującej po alkoholu.


Prawdopodobnie nastąpiła synergia pomiędzy działaniem euforycznym alkoholu, LSA oraz damiany. Nudności nie nastąpiły na tym etapie pewnie poprzez przyjęcie środka metodą podjęzykową. Jak się okazuje, w moim mniemaniu to bardzo skuteczna metoda uniknięcia mdłości i wymiotów, a także LSA dość szybko wchłania się do organizmu dzięki tej metodzie przyjęcia.


Po 4 godzinach działanie LSA bardzo mocno się nasiliło. Poczułem chęć rozmowy dlatego zadzwoniłem do mojej dziewczyny, jednak w trakcie rozmowy coraz bardziej zaczął pobolewać mnie brzuch i w pewnym momencie poczułem że mdłości osiągnęły taką skalę natężenia, że nie obejdzie się bez wymiotów. Przerwałem rozmowę i pobiegłem do łazienki, gdzie zwymiotowałem.Wtedy efekty się nasiliły do tego stopnia, że miałem już mocne powidoki, a przy zamknięciu oczu CEVy, jednak mało kolorowe i dynamiczne, przez co nieatrakcyjne. Dowlokłem się do łóżka, bo zaburzenia równowagi nie ułatwiały mi chodzenia i leżałem walcząc ze zmniejszającymi się na szczęście mdłościami. Ból brzucha ustąpił po 30 minutach, a ja przeżywałem swoistą burzę myśli, które gromadziły się w mojej głowie, tak że w pewnym momencie musiał z kimś porozmawiać, bo inaczej bym zwariował. Poszedłem do pokoju siostry i przegadałem z nią 3 godziny, prowadząc bardzo owocne, a zarazem niezwykle interesujące rozważania na tematy egzystencjonalno-filozoficzne. Niekiedy robiłem długie przerwy w trakcie rozmowy, bo w mojej głowie rodziły się nowe alternatywy dla wypowiadanego właśnie stwierdzenia, co trochę utrudniało konwersację. Po udaniu się do swojego pokoju położyłem się spać, jednak nie mogłem zasnąć przez godzinę, a przy zamkniętych oczach występowały dość ciekawie wizualizowane wyobrażenia. Rano obudziłem się trochę zamotany, jednak szczęśliwy, bo czułem, że uwolniłem się od wszelkich negatywnych emocji.


Chciałem jeszcze zaznaczyć, że na właściwe efekty działania substancji czekałem dość długo najprawdopodobniej dlatego, że nie zjadłem nasion na pusty żołądek.


PODEJŚCIE III


Obudziłem się wcześnie rano, jako, że miałem wolne w pracy postanowiłem zjeść na raz 6 nasion HBWR. Na śniadanie zjadłem kromkę z białym serem, odczekałem godzinkę, a następnie połknąłem rozgniecione wcześniej nasiona i przepiłem je sokiem pomarańczowym. Od razu mnie zemdliło, bo smak nasion powoju hawajskiego ze wcześniejszych prób kojarzy się mi z odwiedzaniem łazienki w celach wyrzucania z siebie treści żołądkowej.


Po 30 minutach odczułem pierwsze efekty tj. euforię, jednak cały czas czułem, że HBWR zalega bezczelnie mój żołądek. W oczekiwaniu na pozostałe efekty włączyłem film "Tsotsi", którego fabuła bardzo mnie zaintrygowała i film wciągnął mnie do tego stopnia, że zignorowałem, celowo, bądź nieświadomie dzwoniący telefon. W ciągu seansu, efekty zaczęły diametralnie przybierać na sile - euforia była już tak silna, że dosłownie wykręcało mnie na łóżku, a niekiedy moje ciało przeszywał taki spazm rozkoszy, że krzyczałem. Porównuje to jedynie do orgazmu, ale takiego, który przenika każdy punkt mojego ciała. Jednocześnie narastały mdłości, które po 2 godzinach zintensyfikowały się do tego stopnia, że byłem zmuszony ulżyć sobie w wiadomy sposób. Po zwymiotowaniu obraz zaczął mi klatkować i tak jak w przypadku wcześniejszej próby ogarnął mnie chaos myśli. Doszedłem do wielu interesujących wniosków,jednak byłem wściekły na siebie, że do tak banalnych rzeczy dochodzę nie na trzeźwo, lecz w stanie naćpania się legalną alternatywą LSD.


Mdłości nie znikały, zresztą czułem, że nie wyrzuciłem zsiebie wszystkiego, jednocześnie mój oddech stawał się coraz płytszy, i bardzo ciężko mi się oddychało. Zaczęły pojawiać się CEVy, jednak nie były onekolorowe, lecz czarno białe, chociaż miarę upływu czasu pojawiały się także takie w ciemnym kolorze zielonym,bądź niebieskim.


Zrobiłem sobie herbatkę miętową, po wypiciu, której wyrzuciłem z siebie, prawdopodobnie wszystko. Poczułem wielką ulgę, pojawiały się pierwsze OEVy (np. pozostałości nasionek z mojego żołądka układały się w jakieś wzorki, plamki na płytkach w łazience zaczynały tańczyć itp) Także CEVy zintensyfikowały się znacznie, jednak nie były tak kolorowe i dynamiczne jak np. po meskalinie. Jednocześnie problemy z oddychaniem stały się poważne. W pewnym momencie bałem się, że po prostu się uduszę. Przez myśl przeszła mi tylko jedna rzecz: lobelia inflata. Na poczekaniu skleciłem koślawego jointa z tego ziółka. W czasie jego wypalania zauważyłem, że dym ciągle zmienia się w jakieś niezwykłe kształtem formy (np. kręcące się spirale, sześciany, ostrosłupy), a rozsypany na ziemi popiół stał się mrówkami, rozpełzającymi się po całym strychu.


Wypalenie lobelii bardzo pomogło w przypadku oddechu, jednak zaczęło mi się po prostu nudzić, CEVy nieatrakcyjne, nawet w przypadku muzyki puszczonej z słuchawek ich dynamika była po prostu beznadziejna. Telewizji oglądać się nie dało, bo było to wręcz denerwujące. Czytać także nie bo literki rozjeżdżały mi się po całym ekranie, włączyłem PES5 jednak gra była w tak zawrotnym tempie, że nie nadążałem i wyłączyłem po minucie. Postanowiłem założyć słuchawki (wielowymiarowa muzyka) i pójść do ogrodu. Był to dość dobry pomysł. Przez godzinę łaziłem po ogrodzie przyglądając się pracy mrówek, kształtom kwiatów, owadom... Czułem się szczęśliwy, jednak najbardziej przeszkadzały mi dolegliwości fizyczne, a mianowicie ociężałości i problemy z koordynacją. Za to świat wydawał się bajecznie kolorowy i tak piękny, że aż niesamowity.


Z ogrodu przegoniła mnie burza i za karę - tak wtedy myślałem - musiałem udać się znów do domu. Zjadłem kremówkę, której smak był rewelacyjny i popiłem ją zieloną herbatą, także o zmienionym smaku.


Z braku ciekawszych zajęć poszedłem porozmawiać z babcią, jednak w czasie rozmowy często gubiłem wątek i po prostu szybko ją zakończyłem, żeby babcia się nie zorientowała, że nie jestem trzeźwy. Włączyłem telewizję i oglądnąłem"Happy Gilmore", po filmie włączyłem z braku czegoś lepszego,konferencję prasową "ministrów" Leppera i Giertycha, których sformułowane odpowiedzi mnie zdegustowały.


Powoli, w czasie oglądania TV zaczął we mnie narastać bliżej nieokreślony lęk, który przerodził się w paranoje. Zgodnie z dobrą radą wyłączyłem telewizor i poszedłem do łóżka, gdzie walczyłem z bezsensem istnienia, ogólną beznadzieją, która mnie ogarnęła i nieprzyjemnymi CEVami.Przeleżałem tak z godzinę, po czym zasnąłem. Obudziłem się po 2 godzinach z potwornym bólem wszystkich mięśni, skurczami żołądka, zgagą i psychicznym rozjebaniem (sic!) Mój świat rozsypał się niczym stłuczona szklana kula na miliardy kawałków, co nasuwało mi straszne podejrzenia, że po prostu zwariowałem. Leżałem tak z dobrą godzinę, a mój stan, przynajmniej psychiczny poprawił się na,tyle, że mogłem już rozmawiać, zwymiotowałem wypitą herbatą z melisy, wykąpałem się i poszedłem coś zjeść walcząc do końca dnia z bólem mięśni przypominającym zakwasy.


W ramach podsumowania. LSA jest dość ciekawą substancją, sprzyjającą przemyśleniom. Halucynacje są jednak mało atrakcyjne, a trip jest ogólnie zbyt długi, mulący oraz pełen nieprzyjemnych efektów ubocznych. Być może pomogłaby tutaj ekstrakcja, co mam zamiar sprawdzić, jednak nie prędko.


Ekstrakcja jedynie w nieznacznym stopniu pomaga (mam tu na uwadze ekstrakcję spirytusową). Przy jej zastosowania znika trochę uczucie ociężałości i zalegania tych drobin w żołądku.

26.12.2006 :: 11:30



Efedryna - Tussirop

Zaczynam wklejać Trip Raporty! A co... Ten pochodzi z przed dwóch lat prawie... No może z przed trzech... Na Hyperrealu ludzie piszą różne opinie odnośnie tussipectu, więc postanowiłem sam sprawdzić jak działa efedryna w nim zawarta. Wracając z uczelni wstąpiłem do apteki, prosząc o Tussipect, spytałem farmaceutę, który jest efektywniejszy: w tabletkach, czy w syropie (biedny pomyślał, że chodzi mi o działanie odkrztuśne). Stwierdził, że syrop, bo się szybciej wchłania. Uznałem to za dobrą monetę, zostawiając na ladzie 6zł, wziąłem buteleczkę i udałem się do domku. Tam dowiedziałem się, że muszę ułożyć drewno na opał w drewutni. Wtedy właśnie nadarzyła się idealna okazja sprawdzenia działania efedryny - jeżeli jej działanie jest podobne do amfetaminy to ta "robota głupiego" mogła okazać się ciekawym doświadczeniem :-D Wypiłem 3/4 syropu + kawę z 5 łyżeczek i wziąłem się do pracy. Moc efedryny poczułem po 30 minutach. Gwałtownie podskoczyło mi ciśnienie, serce zaczęło mi bić bardzo mocno - myślałem, że wyskoczy mi przez klatkę piersiową na zewnątrz. Zmierzyłem ciśnienie-wysokie 158/90, puls 110. Doszedłem do wniosku, że nic się nie stanie jak... dopije resztę syropu. Tak też uczyniłem i poszedłem pracować dalej. W trakcie pracy po ciele przechodziły mi miłe dreszczyki, a także dokuczał szczękościsk, dlatego byłem zmuszony zaopatrzyć się jak najszybciej w gumę do żucia. Pracowało się dosyć przyjemnie i, co najważniejsze nie dłużyło mi się to układanie 1,5 tony drewna. Po skończonej robocie dostałem zajawkę na rozmowę z rodzicami. Zawsze z nimi chętnie rozmawiam, ale tym razem gadało mi się jakoś "przyjemniej". Cieszę się, że mam z nimi dobry kontakt i zawsze możemy zwyczajnie pogadać - to ważne. Swoją drogą wiedzą, że palę MJ oraz kiedyś miałem kilka przygód z innymi środkami (kółka, proch - o eksperymentach aptecznych raczej wolę nie wspominać ;-D) - nie są tym zachwyceni, ale mój wybór akceptują, a ja między innymi właśnie za tą tolerancyjność czuję do nich wielki szacunek... Około 19.00 naszła mnie dziwna apatia - nic mi się nie chciało. Uznałem, że to coś a'la złaz. Oczy mi się zamykały, byłem zmęczony, więc wykąpałem się, wypiłem herbatkę z melisy i poszedłem spać, ale o dziwo nie mogłem zasnąć i długo przewracałem się z boku na bok. Udało się dopiero koło godziny 1.00 Rano (10.00) nie czułem już żadnych dolegliwości. Eksperyment się udał, ale używka przeciętna - w skali akademickiej 3. Działanie podobne jak do 100 przeciętnej amfetaminy, jednak bez zejścia jako takiego i depresji dzień po. Kiedyś może jeszcze spróbuje tego środka, ale na pewno nie prędko i w innych okolicznościach.>
26.12.2006 :: 12:30



Izba przyjęć

Przed świętami postanowiliśmy iść z Anitą do spowiedzi, bo przecież tak wypada i co sobie rodzice pomyślą. Zaznaczę od razu, że jestem wielkim przeciwnikiem wszelakich nakazów ustanowionych przez Kościół. Katolicki, z wiarą mających niewiele wspólnego. Nie będę opisywał całego ceremoniału, bo nie oto chodzi. Wspomnę jednie, że wystaliśmy się w kolejce dobre 30 minut i w trakcie spowiedzi moja Anitka zaniemogła – zemdlała. Ogólnie bardzo to komicznie wyglądało, dziewczyna mdlejąca w trakcie spowiedzi, aczkolwiek mi wcale do śmiechu nie było. Przestraszyłem się nie na żarty. Po wyjściu z kościoła pojechaliśmy na pogotowie, a stamtąd, już ze skierowaniem, na izbę przyjęć do szpitala.

Po godzinie Anita czuła się już całkiem dobrze. Dostała kroplówkę, pobrali krew do badania, zrobili EKG. Czekaliśmy…

Izba przyjęć to bardzo ciekawe miejsce. Tak się złożyło, że akurat trafiła tam dwójka niedoszłych samobójców. Jakkolwiek ich przypadki skłaniać do śmiechu nie powinny, tak tym razem było zupełnie odwrotnie. Obydwoje z formułką: płukanie żołądka…

Panna Dumna Tabletkowa, traktowała wszystkich z góry, począwszy od personelu, aż po innych pacjentów. Wyglądała jak nadmuchana lala, puszyła się jak paw i mówiła w taki sposób, że słuchający powinien na dźwięk jej głosu, zemdleć lub się rozpłakać. Bo ona najadła się jedynie tabletek…

Pan Amator Procentów Wysokich prezentował się ciekawej. Wódką popijał, lek, którego nazwa mi umknęła. Miło było popatrzyć na taki okaz, jak błąkał się bez celu po izbie, uparcie powtarzając, że nie jest pijany.

- Czy Pan oszalał? – oburzyła się jedna z sióstr – Po co Pan jadł te tabletki?
- Za mało zjadłem… - westchnął

Przerażony wzrok pielęgniarki, jakim na niego popatrzyła wystarczy za komentarz do całej tej sytuacji.

Gdyby nie opieszałość lekarza i pielęgniarek byłoby całkiem miło, zwłaszcza, że Anicie nie było nic poważnego. Niskie ciśnienie oraz spadek potasu… Wyszliśmy, więc dopiero po 23 czyli po 5 godzinach od rejestracji.

Trzeba mieć końskie zdrowie, żeby chorować – święte słowa…
27.12.2006 :: 16:00



Joint, food & understanding

Te święta minęły bardzo szybko i z pewnością, tak będzie już co roku. Każdy rok będzie krótszy od poprzedniego, bo przecież stanowi on mniejszą cześć naszego życia, niż wcześniej. Zdecydowanie jednak te święta były wspaniałe… Nigdy nie cieszyło mnie, aż tak bardzo przebywanie z rodziną… Powód prosty! Oświadczyłem się Anicie. Sam w sobie to powinno uczynić ten czas niezapomnianym. Po drugie zaś, to pierwsze od niepamiętnych (czyt. kilku) lat święta, które były TRZEŹWE. Nie było palenia, nie było benzodiazepin, ani tramalu, DXMu – nie było niczego! No może poza grzybkami magicznymi dzień przed wigilią, o czym jeszcze napiszę, w którymś z przyszłych postów, ponieważ była to niesamowita, pełna egzystencjonalnych i filozoficznych motywów podróż w głąb siebie.

Dwa dni po świętach, stała się za to rzecz niesłychana. Postanowiłem, że dzień ten będzie pod znakiem Marii Joanny. W pracy wziąłem wolne i pojechałem do Tarnowa, posiedzieć na ławce w parku i palić skręty, obserwując jednocześnie ludzi. Po wypaleniu dwóch, z suszem etnobotanicznych roślin zamiast tytoniu poczułem wreszcie, prawie zapomniany stan.. Szkoda tylko, że nie przypominał mi tak do końca tego, co przeżywałem kiedyś. Krótko rzecz ujmując: nudziłem się. Nawet wizyta u kolegi Dariusza, gdzie spotkałem również Kazka i Mietka nie była ciekawa. Wypaliliśmy razem 8 blantów, wypiliśmy po browarze, porozmawialiśmy, ale głupota jaka emanowała od mych znajomych, ich szczeniackie jak na osiągnięty wiek zachowanie i brak racjonalnego pomysłu na życie, napełniła moją głowę złością, smutkiem i zażenowaniem. Do diabła z tak podchodzącymi do życia ludźmi!

Zażenowany wróciłem do domu i po drodze korzystając z usług baru z kebabami. Objadłem się niczym, mieszkaniec Afryki cierpiący głód, który nagle dostał masę jedzenia i się nim przejadł. W dodatku wracając do domu, zjadłem jeszcze zupę, co przeważyło szalę mego obżarstwa. Byłem zmęczony, zasiadłem więc przed komputerem, jednak narastała we mnie senność. Rodzice, wraz z ciocią i wujkiem, którzy mieli na święta nie przyjeżdżać, pojechali do brata mamy, a ja pod pozorem zaświecenia lampek na choince udałem się wypalić jeszcze jednego skręta. Intoksykacja nie dała mi jednak żadnej przyjemności, a jedynie pogłębiła uczucie pustki i żalu.

Pod wpływem tych dwóch ostatnich emocji wyrzuciłem zawartość nieskręconych jeszcze trzech jonitów do pieca i wreszcie zrozumiałem! Zrozumiałem, że życie na trzeźwo jest ciekawsze pełniejsze i nie masz wrażenia, że ucieka Ci przez palce…
30.12.2006 :: 11:30



2006... Bilans!

I tak prawie za nami 2006 rok… Czas, czas, czas… Kolejne 364 dni staje się jedynie historią – ten rok z pewnością przejdzie zaś do historii mego życia jako najbardziej udany. Postanowiłem właśnie dlatego stworzyć swoisty bilans rzeczy (spraw - najważniejszych), które udało się pomyślnie załatwić/skończyć/zmienić w mijającym roku.

IN PLUS:

oświadczyłem się Anicie,
postanowiłem i przestałem ćpać, przez co mój związek z Anitą się nie rozpadł,
znalazłem pracę (co prawda niezbyt satysfakcjonującą, ale jednak przynoszącą w miarę stały dochód),
napisałem i obroniłem pracę licencjacką.

IN MINUS:

No cóż… Nie przywiązuję zbytniej wagi do rzeczy złych – wolę myśleć o dobrych, jednak tych pierwszych w tym roku było bardzo mało, co prawda zdarzały się, ale na pewno nie można ich zakwalifikować do kategorii „najważniejsze”… Jedyną rzeczą, której w tym roku żałuje jest fakt, że przed nosem przeszła mi praca w urzędzie gminy. Tak się składa, że miałbym stałą pracę państwową, a tak zostałem jedynie przy dorywczej...

Za niewiele ponad 12 godzin, zacznie się 2007 rok. Oby dla mnie, jak również dla wszystkich był lepszy, niż rok mijający. Życzę, aby udało się wypełnić postanowienia noworoczne i przejść do kolejnego levelu w swoim życiu.
31.12.2006 :: 12:00