Wszystkich Świętych

Nie przepadam za dniem 1 listopada – we Wszystkich Świętych zawsze pogarszało się moje samopoczucie psychiczne. Nie inaczej jest dziś – może nie jest jeszcze tak bardzo odczuwalne, ale wiem, że za te kilka godzin na cmentarzu, kiedy ksiądz będzie głosił przygnębiające kazanie – znów moja pamięć o śmierci zostanie brutalnie obudzona. To nie tak, że o niej nie pamiętam, ale – pewnie jak każdy – wolę nie myśleć. Wiem, że moja wiara powinna napełniać mnie nadzieją – przejściem ku lepszemu życiu, ale zbyt głęboko wryły się w mą pamięć obrazy płaczących, ubranych w czerń ludzi na pogrzebach pochylających się nad mogiłą przy akompaniamencie „Anielskiego orszaku”. W naszej kulturze śmierć traktuje się, jako wielką tragedię – bo niejednokrotnie tak jest – a przecież to kolejny etap naszej egzystencji. Pod warunkiem, że wierzymy w życie pozagrobowe… Nie uważam bynajmniej, że to święto jest nie potrzebne, ale w jego polska wersja jest zbyt przygnębiająca. Nie jestem jednocześnie zwolennikiem skomercjalizowanego i pełnego kiczu Halloween, gdyż takie „świętowanie” wydaje mi się kpiną ze zmarłych… Wszystkich Świętych powinno być dniem bardziej radosnym. Dniem, w którym wspominalibyśmy zmarłych z radością – jak przykładowo mieszkańcy Meksyku – ciesząc się, że Bóg pozwolił im żyć wśród nas…
01.11.2007 :: 11:43



Afro i Majka

Zdarzyło się to kilka miesięcy temu. Był późny, ciepły wieczór. Idąc wśród zaparkowanych samochodów w dół, ulicą Kopernika oddychałem na przemian rześkim, letnim powietrzem i dymem, w którego skład wchodziła substancja czynna – tetrahydrokannabinol. Po prawej stronie mijałem ścianę hali sportowej I Liceum Ogólnokształcącego w Tarnowie z widocznym na niej graffiti stylizowanym na logo McDonaldsa, z tym, że po „M” kolejne litery stanowiły inny ciąg, który w rezultacie dawał efekt końcowy w postaci rzeczownika „marihuana”. W czasach, kiedy chodziłem jeszcze do liceum, ile razy tędy przechodziłem ten napis na murze zawsze był obecny. Nie raz zastanawiałem się, kto i kiedy go namalował oraz dlaczego, po mimo tylu lat nikt go nie usunął…

Dochodząc do skweru Alicji i Jana Preis nazywanym „Targiem słów” powstałym z inicjatywy rzeźbiarza Jacka Kutrzaby, który chciał by w tym miejscu odbywały się happeningi, w czasie których mieszkańcy miasta wymienialiby poglądy drogę zagrodził mi chudy, długowłosy chłopak ubrany w ciemny podkoszulek, potargane spodnie i glany.

- Masz może papierosa? – zapytał.
- Nie palę papierosów – odrzekłem zdając sobie jednocześnie sprawę, że w ręku tli mi się jeszcze dobre pół skręta.
- W takim razie, co palisz? – dociekał.
- Jointa – odpowiedziałem trochę niepewnie, mając na uwadze, że jednak palenie konopi indyjskich nie jest czynnością powszechnie akceptowalną w naszym kraju. – Jak chcesz możesz mi pomóc go skończyć.
Jasne! – ucieszył się. – Chodźmy na murek!

Dopiero wówczas zauważyłem, że obok siedzi dziewczyna. Filigranowa brunetka, ubrana w tym samym stylu, co on, uśmiechała się tak, że trudno było również się nie uśmiechnąć. Miała śliczną twarz. Z Majką i Afro, bo tak się przedstawili wypaliliśmy jointa, po czym zaczęliśmy rozmawiać. Opowiadali o swoich niepowodzeniach w szukaniu pracy, o wakacjach, o szkole. Okazało się, że obydwoje uczyli się w Liceum Plastycznym i obydwoje malują. Kiedy zapytałem, czy chcą tworzyć na poważnie, aby to zajęcie przynosiło im profity Afro powiedział coś czego nie zapomnę.

- Każdy by chciał zarabiać robiąc to, co lubi, ale na sztuce nie zarobię. Wszędzie trzeba mieć układy. Prawdziwą pozycję, a co za tym idzie pieniądze ma jedynie wąska, hermetyczna grupa ludzi, która nikogo z zewnątrz nie dopuści do siebie. Jedyna możliwość, aby stało się o tobie głośno to mieć szczęście porównywalne z trafieniem szóstki w lotka lub znać kogoś z tej grupy, kto Cię wkręci. Dlatego nie ma co się wysilać i tak nie będzie z malowania pieniędzy. Szkoda tylko, że ta świadomość zabija wenę – nie chce mi się starać!

Byłem poruszony, ale myślałem inaczej. Warto się jednak starać, choćby mieli usłyszeć o mnie dopiero po mojej śmierci. Może kiedyś ktoś dostrzeże mój blog i wyda go w formie książki, podobnie jak miało to miejsce w przypadku Salama Paxa, czy Abby Lee? O ile w ogóle posiadam jakikolwiek talent, a styl mojego pisanie będzie się komuś podobać…
03.11.2007 :: 13:58



Poligon obserwacyjny

Poczekalnie przed gabinetem lekarskim od zawsze były dla mnie swoistym poligonem, w którym mogłem sprawdzić się w roli obserwatora. Przyglądając się ludziom oczekującym na swoją kolej, często mogłem zaobserwować zachowania jakże zwyczajne, a jednocześnie niezwykłe w swej prostocie. Wszystkie te skinienia głową, przyciszone rozmowy dwóch powiązanych jakąś wspólną znajomością osób, wymuszone uśmiechy, czy wręcz maskowana złość zawsze doskonale mnie bawiły, intrygując jednocześnie. Spoglądając w twarze siedzących obok mnie osób, często widziałem wypisaną na nich zazdrość, z jaką spoglądali na mnie, gdy byłem wcześniej w kolejce. Nierzadko również ludzie patrzyli na mnie z pewną wyższością, kiedy sytuacja była odwrotna. Zresztą zdążyłem się już do tego przyzwyczaić, gdyż przynajmniej kilka razy w roku siadając na ławeczce staje się jednym z nich – pacjentem.

Zawsze zastanawiam się, zwłaszcza widząc osoby zdrowo wyglądające, co im dolega, i jak poważne są to dolegliwości. Czy, oby nie są to symptomy hipochondrii – myślę, lecz zaraz karcę się za takie domniemania… Przecież sam wyglądam, na w pełni zdrowego, a jednak w zupełności nie jestem. Wszystko przez niedobór czerwonych płytek krwi, który jest pewnie pozostałością, a raczej smutną konsekwencją moich aptecznych eksperymentów. Ciekawe, co pomyśleliby Ci wszyscy ludzie czekający tutaj razem ze mną, gdyby wiedzieli, że byłem ćpunem, który specjalnie i z pełną świadomością przedawkowywał silne leki przeciwbólowe i nasenne, aby się odurzyć? Pewnie to młode małżeństwo siedzące naprzeciwko – on z twarzy podobny zupełnie do nikogo, a ona w zaawansowanej ciąży – spojrzeliby na mnie upajając się moralną przewagą, a nie chowaliby się ze wzrokiem. Ten starszy mężczyzna obok, pewnie odwróciłby się do mnie plecami z pogardą, zatapiając wzrok w swoich krzyżówkach i modląc się jednocześnie w duchu, abym jak najszybciej opuścił swoje miejsce i udał się gdziekolwiek, byle jak najdalej od niego. Pani siedząca w dalszej odległości przesunęłaby się jeszcze dalej, a ta matka z córką zatopione w dyskretnej konwersacji na temat pozostałych pacjentów, w jeszcze bardziej ordynarny sposób obgadałyby moją osobę… Na szczęście moje przeszłość nie jest sprawą publiczną i poza kilkoma osobami nikt o niej nie wie, więc w dalszym ciągu za maską obojętności z jaką lustruję ludzi kryć się będzie ma słodka, jak Klonazepam tajemnica…
05.11.2007 :: 22:32



Robol

Od trzech dni pracuję! Po miesiącu siedzenia w domu, w akcie ostatecznej desperacji poszedłem do pracy fizycznej. To znaczy nie uważam tego rodzaju zajęcia za gorsze, ale nie lubię pracować fizycznie. Niekiedy człowiek jednak bywa zmuszony przez los do wykonywania czynności, których nie darzy zbytnią sympatią. Właśnie w takich chwilach uczymy się pokory, bo życie z początku solidnie kopie w dupę – później przychodzi czas na czekoladki!

Pracę załatwił mi mój były szef – ten od parkingu. Pokrywamy farbą halę firmy produkującej kominki. Praca, jak praca… Ciężka! Maluję w końcu, a raczej czyszczę ściany pod malowanie! I sufit, bo to właśnie dziś robiłem przez prawie 9 godzin i muszę przyznać, iż moją prawą rękę dopadły objawy przesilenia. Nie narzekam jednak, gdyż wreszcie wyrwałem się z domu i zarabiam pieniądze, co w tym momencie jest równie istotne, gdyż ich poziom zaczął się gwałtownie zdążać do zera. Wiem jednak, że go nie osiągnie, bo mu na to nie pozwolę, a przy okazji nabędę jakieś nowe doświadczenie, co jest też ważne. Przy okazji, może uda mi się zaobserwować coś ciekawego i o tym napisać… Kto wie, czym mnie życie zaskoczy…
08.11.2007 :: 23:44



Cheeseburger wieczorową porą

Rzadko korzystam z barów serwujących produkty typu fast food, gdyż spożywanie zbyt często tej „żywności” jest niewątpliwie szkodliwe. Poza tym wolę za pieniądze wydane na hamburgera i colę, kupić sobie pomidora, ogórka, puszkę kukurydzy oraz jogurt naturalny i ze wspomnianych składników przyrządzić pyszną sałatkę, a zamiast coli zaparzyć zieloną herbatę, bądź Pu-erh.

Tym razem jednak, będąc po kilku piwach, nie myślałem wcale o zaletach zdrowotnych pokarmu, jaki przyjdzie mi spożywać, lecz o tym ażeby jak najszybciej zaspokoić głód. Przechodząc obok baru „Frasses”, wstąpiłem rzecz jasna do środka, nie zwracając najmniejszej uwagi na wiszącą na drzwiach tabliczkę z godzinami otwarcia lokalu. Wewnątrz okazało się, że knajpka czynny jest do 22.00, ale pomimo godziny prawie 23.00, udało mi się zamówić cheeseburgera, za którego miałem zapłacić kilkadziesiąt groszy więcej, niż przewiduje cennik.

Pomijając jawną próbę wyłudzenia ode mnie kilku groszy i niewątpliwą chęć nabicia własnej kieszeni nie oponowałem. Wszak w pewien sposób wtargnąłem tam bez pardonu, poza godzinami otwarcia i dlatego byłem skłonny zapłacić odrobinę więcej, za ów kawałek luksusu w postaci posypanej sezamem bułki z zapiekanym wraz z żółtym serem kotletem.

Niewątpliwie cała transakcja doszłaby do skutku, gdyby w trakcie wydawania reszty nie nadeszła kierowniczka. Popatrzyła na mnie, mając na twarzy wypisane pytanie: „Kim Ty kurwa w ogóle jesteś i co tu jeszcze robisz?” Następnie spojrzała na obie swoje pracownice karcącym wzrokiem. Zanim zdążyła się cokolwiek powiedzieć, pani przyjmująca ode mnie zamówienie cała czerwona na twarzy zaczęła w pośpiechu tłumaczyć się, że nie wiedziałem, że lokal czynny jest do 22.00, ale postanowiły z Kingą, wskazując w chwili wypowiadania tych słów na równie zaognioną na licach koleżankę, która zajęta była przygotowaniem dla mnie kanapki, że wspaniałomyślnie sprzedadzą mi cheeseburgera, którego ostatecznie łaskawie otrzymałem po normalnej cenie…
11.11.2007 :: 22:09



PKS Old School

Pamiętam czasy, kiedy pokonywałem odcinek 800 metrów z domu na przystanek autobusowy. Codziennie dwukrotnie! Czasy liceum – piękne zapisane na zawsze w pamięci chwile, które zgodnie z słowami piosenki już minęły i nie powrócą nigdy więcej. Ile to papierosów wypaliłem stojąc pod wiatą przystanku? Ile razy „łapałem stopa”, by zdążyć na lekcje, po tym jak spóźniłem się na ostatni autobus? Nawet dziś śni mi się ten śmierdzący PKS pełen jadących na targ bab z podtarnowskich wsi, objuczonych płodami rolnymi i co gorsza – o zgrozo! – drobiem. Jak cudownie smakowało wówczas piwo na tylnych siedzeniach lub wypalona po kryjomu lufka…Czyż to nie sport ekstremalny, gdy zamiast na bilet pieniądze otrzymywane od rodziców zamieniałem regularnie, niezgodnie z przeznaczeniem na paczki czerwonych, przemyconym zza wschodniej granicy L&Mów na miejskim bazarze? Ile razy musiałem nadwerężyć nogi, by opuścić ten środek komunikacji, bez stosownego kwitka zwanego biletem kredytowym? Ile razy kanary zmusiły mnie do powrotu ze szkoły na nogach? Zliczyć to wszystko i zestawić? Niemożliwe! Zresztą to bezcenne, jak wszystkie wspomnienia. Autobusowy old school! Szkoda pisać…
15.11.2007 :: 01:04



Przypadek szefa

Opowiem Wam o moim szefie. Na imię ma Michał i jest właścicielem firmy wykonującej kompleksowe wykończenie wnętrz, w czym zawiera się głównie malowanie, ale także układanie paneli, płytek, montowanie kominków, wykonanie podwieszonych sufitów itd. Michał jest dobrym szefem, może nie jest idealnym, ale zestawiając go ze wszystkimi przełożonymi, jakich spotkałem w swojej karierze zawodowej, to plasuje się w mym prywatnym rankingu na wysokim 3 miejscu. Wyprzedzają go w tabeli jedynie kierownik z Urzędu Miasta, gdzie byłem kiedyś na stażu oraz właściciel parkingu, który teraz pracuje razem ze mną u Michała. Aby dodać smaczku całej tej sytuacji to swego czasu to właśnie Michał, pracował ze mną u pana Adama na parkingu… To jest dopiero ból! Człowiek, który przez całe życie prowadził taką lub inną działalność gospodarczą, musi teraz, na stare lata pracować u kogoś. Nie jest, dlatego paradoksem fakt, że ja mając licencjat, nie mogę znaleźć konkretnej, stałej pracy. Dlatego zastanawiam się, czy warto było kończyć liceum, a później studia i w dalszym ciągu się kształcić? Lepiej było skończyć zawodówkę i zostać spawaczem, mechanikiem, cukiernikiem, czy chuj wie kim jeszcze i mieć zawód dający perspektywy na przyszłość…Wielu młodych ludzi jest podobnej jak ja sytuacji. Większość emigruje – wolą tyrać za granicą za dużo większe pieniądze. Tacy jak ja na razie zostają, uczą się dalej, zaciskają zęby i czekają na lepsze czasy… Na razie…
18.11.2007 :: 12:26



Na zdrowie!

Biała herbata nazywana jest eliksirem młodości… Dlatego ją polubiłem i często pijam przegryzając międzyczasie suszone jabłka, które podobnie, jak chipsy bananowe są rewelacyjną przekąską… Oczywiście polecam także kostkę czekolady lub batonik, ale jedynie od czasu do czasu, gdyż lepiej podjadać orzeszki ziemne, pestki słonecznika lub dyni – po prawdzie równie, jak nie bardziej kaloryczne… Wszystkie te specjały, nigdy nie zastąpią Wam jednak pełnowartościowego posiłku składającego z opiekanej bez panierki piersi kurczaka, porcji ryżu – najlepiej dzikiego, który tak naprawdę z ryżem ma tyle wspólnego, co nie przymierzając pieczarka z pomidorem – oraz sałatki z kiełków. Zamiast coli, najlepiej popijać ten pyszny obiad napojem z wdzięcznego krzewu, o nazwie honeybush lub też zieloną herbatą. Z kolei do śniadania warto zamiast tradycyjnej małej czarnej lub filiżanki Earl Grey, zaparzyć sobie Pu-erh… Oczywiście, jeśli w jego skład nie wchodzą, ani białe pieczywo, ani szynka z marketu, tylko razowe bułki, pomidor i serek wiejski. Takie kanapki świetnie smakują przyozdobione listkami bazylii lub oregano i posypane świeżo zmielonym zielonym pieprzem… Na drugie śniadanie zaś rewelacyjny jest jogurt lub szklanka maślanki naturalnej…

W mojej rodzinie wolą bigos, golonkę i flaki. Kartofle, grubo posypane tłustymi skwarkami królują często obok schabowego na stole. I jak mam to wszystko jadać skoro nie lubię wieprzowiny? Ani klusek śląskich… To pewnie przez to, że zwariowałem… Idę się upić yerba mate, choć okazyjny ze mnie matero…
19.11.2007 :: 22:09



Infekcja

W pytę! Przeziębiłem się! Liczyłem, że jesienna infekcja mnie nie złapie, a tu niespodzianka. Jak widać, sprawdza się przysłowie, że „jak chcesz rozśmieszyć Boga to powiedz mu o swoich planach”. Gardło boli, raz po raz przenikają me ciało zimne dreszcze, a dziś na dokładkę pojawił się katar. Nie pozostało mi nic innego, jak siedzieć w domu pośród czosnkowego smrodu, który ciągnie się za mną niczym mewy za kutrem. Na dodatek, jak zawsze przy jakiejkolwiek chorobie w mieszkaniu panuje niemiłosierny bałagan. Porozrzucane po pokoju materiały niezbędne do napisania pracy magisterskiej, flamastry, pisaki, brudne chusteczki i zajmująca centralne miejsce na podłodze mapa myśli według Barrego Buzana doskonale go ilustrują. Lekarka przepisała mi receptę na antybiotyk, łykam tabletki, których głównych składnikiem jest kwas askorbinowy i rutyna, ale niewiele to pomaga. Postanowiłem wiec wrócić do zielarstwa i wspomóc naturalnymi składnikami oręż medykamentów w walce z wirusem. O „królu targowisk” już wspomniałem, w kuchni zaś gotuje się odwar z kory La pacho. Inkom taka herbata ponoć pomagała…
21.11.2007 :: 12:02



Infekcja, brak gotówki i drinki

Infekcja powoli znika. Gardło jakby mniej boli, dreszczy już nie mam, ale pojawił się katar. Wszystko byłoby w miarę znośnie, gdyby od ciągłego używania chusteczek nie rozbolał mnie nos. Bardzo! Dzielnie jednakże łykam ten Augmentin i muszę przyznać, że jest skuteczniejszy niż Bioparox, na który dostałem pierwsza receptę. Na ulotce tego produktu francuskiej firmy farmaceutycznej Server, powinno się napisać: „stosować IA”, bo tylko do tego się nadaje. Te niewiele ponad 20 złotych, które kosztował wyrzuciłem w błoto! Mogłem je wrzucić do puszki z napisem: „inwestycja”, dołożyć 5 złotówek i kupić worek jointów, podarować siostrze lub biednemu na ulicy, obstawić w STSie, kupić sobie dużą pizzę lub odwiedzić herbaciarnie… A tak męczy mnie świadomość, że wydałem je na gówno pomagający medykament!

Wczoraj chcąc umilić sobie wieczór, przyrządziłem sławnego skądinąd drinka „Vodka Sauer”, który bardzo mi przypadł do gustu. Dziś wzorując się na jego bazie stworzyłem coś niebywałego. 75ml likieru Nikolaus Lemon, 25ml nalewki z damiany, sok z połowy cytryny, 50ml gazowanej wody mineralnej i łyżka cukru pudru smakuje równie cudnie. Prost!
23.11.2007 :: 21:57



Przypadek Scotta Bauera

Ostatnimi czasy przypomniał mi się przypadek Scotta Bauera. Ten amerykański, emerytowany już listonosz z przez 47 lat wpłacał do funduszy inwestycyjnych 1 dolara dziennie. Zebrał ponad 2 miliony dolarów! Po przejściu na wcześniejszą emeryturę kupił sobie apartament na Hawajach, gdzie obecnie mieszka, a jego pieniądze w dalszym ciągu pracują…

Podobnie jak Amerykanin postanowiłem także odkładać w podobny sposób pieniądze. Już teraz mam zainwestowany kapitał w pewien fundusz inwestycyjny, ale dodatkowo będę jeszcze odkładał złotówkę dziennie, a dzięki procentowi składanemu, który już Albert Einstein ochrzcił ósmym cudem świata, mam szanse uzbierać podobny kapitał, jak pan Bauer. Sam John Davison Rockefeller mówił o tym, że milionerem zostaje tylko ten, który nauczy się oszczędzać, więc coś w tym musi być…
24.11.2007 :: 21:41



Pierwszy dzień reszty życia

Nic nie jest takie proste jak się wydaje. Chciałbym, ale nie mogę, bo znów dopadała mnie rezygnacja, a hydra lenistwa po raz kolejny zaraziła mnie śmiertelnym wirusem. I wszystko bierze w łeb. Jednak dziś czas zajechać tym pojazdem zwanym życiem do warsztatu, zreperować to, co jest uszkodzone, wymienić olej i opony, wreszcie zatankować i ruszyć dalej, bez garba tych wszystkich problemów. Otwarty na świat, zmobilizowany, pełen wiary w drugiego człowieka iść walczyć. Bo przecież to mój własny dżihad, w którym jedynie entuzjazm i upór są warunkami zwycięstwa. Czas dokończyć niedokończone! Nie wyznaczać najwyższego w tej kwestii priorytetu niedopitej butelce lub 10 „przykazaniom” szczęśliwego człowieka. Założyć, że dzień dzisiejszy – mimo, że formalnie trwa od niewiele ponad 6 tuzinów minut – to pierwszy dzień reszty mego życia. Lepszego życia!
28.11.2007 :: 01:13



Globetrotter

Ostatnimi czasy niczym flashback po dietyloamidzie kwasu lizergowego dopadł mnie zarzucony lat temu kilka pomysł. Wszystko za sprawą skądinąd znanej witryny, która po raz kolejny otworzyła w mym umyśle szufladkę z kategorii: „Wyjazd” opatrzonej krótkim, acz zwięzłym opisem „nieważne gdzie, nieważne za co, nieważne dokąd – byle jak najdalej”. Dręczył mnie ten pomysł okrutnie przez dni kilka i prawie powziąłem pewne staranie skłaniające do jego realizacji. Nic konkretnego! Nauka języka angielskiego, ot co! Na szczęście, Moje Szczęście skutecznie przekonało mnie, że ze mną nie wyjedzie rzucając całe dotychczasowe życie w jasną Anielkę. Anita nie przekreśliła egzotycznych wyjazdów w ogóle, ale na żadne wojaże po świecie, Bóg wie jak długie, nie ma szans. Może i ma dziewczę rację?! Dziś kończąc czytać zapiski Almodovara pod tytułem: „Patty Diphusa” natknąłem się na pewną myśl: Strach ma tę zaletę, że czasami powstrzymuje nas od robienia rzeczy, których nie należy robić. Ma również tę wadę, że czasami powstrzymuje nas od robienia rzeczy, które już powinny być zrobione. Święte słowa! Dobrze, że pozostanę tchórzem, a ma bojaźń odnosi się do pierwszej części cytatu. Angielski mimo wszystko powinienem doskonalić. Bo kto wie…
29.11.2007 :: 14:01