Nie znoszę powrotów. Za tym tekstem powinien się pojawić co najwyżej wielokropek i długo, długo nic, co jednocześnie obrazowałoby skalę trudności w ponownym przymierzaniu się do kolejnych notek. Niedawno obchodziłem drugą rocznicę pisania tego bloga i szczerze mówiąc miałem inne plany co do systematycznego, tutaj wypowiadania się. Życie oczywiście brutalnie zweryfikowało moje idee, a ja skopany przez brak weny rozłożyłem się na deskach Internetu i w formie biernej poddałem się nic nieznaczącej penetracji zakamarków MIĘDZYSIECI oglądając przeróżne głupstwa.
Ki diabeł - dywagowałem w myślach -
Lenistwo? Nie! Chciałbym coś pisać. Nie umiem po prostu. Urok ktoś na mnie rzucił czy co? Całe szczęście, ale niemożność bawienia się w układanie logicznego ciągu liter zniknęła właśnie dzisiejszej bezsennej nocy. Może to z powodu, że świąteczny okres słodkiego lenistwa zbliża się ku końcowi? Maybe…
Jak za starych dobrych czasów – to krótkie zdanie powinienem zakończyć dwukropkiem z rozpoczęciem nawiasu kwadratowego. Tak właśnie się czuje po przeczytaniu tego, czym do tego momentu męczycie oczy. Old school. Ty razem też powstrzymam się przed postawieniem podobnej emotikony. Czas przejść do konkretów, bo to czego będzie się można jeszcze dowiedzieć, zwizualizuje się nie tylko w postaci krzaczków dumnie zwanych przez nasz świat alfabetem łacińskim. Przedstawię też obrazy, choć kiepski ze mnie fotograf.
Mniej więcej od jakiś trzech tygodni mieszkamy z Anitą na swoim. Fakt faktem, z co prawda jednym gotowym pokojem, którym jest nasz wspólna sypialnia (obrazy:
1 i
2), ale także kuchnia (
1 i
2), w której wreszcie możemy wykorzystać naszą wyobraźnię do rozbudzenia smaków oraz
łazienkę, gdzie prysznic relaksuje nas po spożytym posiłku, a przed rzuceniem się w objęcia Morfeusza, o innych sprawach nie wspominając. Jeden
pokój pozostał jak na razie z braku środków finansowych nie do końca zrewitalizowany, ale myślę, że za jakiś czas przyjdzie też pora na niego i szał zakupów, z uwzględnieniem w szczególności modlitw ludzi z branży meblarskiej dosięgnie też trzy ściany wyłożone tapetą na pomarańczowo i jedną pod kolor kawy z mlekiem . Nasze dziecko, które na drugim USG nie pozwoliło zdradzić tajemnicy swojej płci, z pewnością dobrze wprowadzi się do tego pomieszczenia.
Nie wiem jak Wam, ale mi nasze mieszkanie podoba się tak bardzo, że ciężko czasem znaleźć słowa, w których jestem w stanie ująć mą radość. Należałoby, co prawda w pełnej gamie trywializmów wygłosić swoją wdzięczność wszelkim osobom, dzięki którym tak szybko przenieśliśmy się na naszą ukochaną „górę”, ale tego nie zrobię. To, co czuje niech zostanie w moim sercu. Mam nadzieje, że niczym dla Wojtka Sokoła jego wynajęte lokum, m-x stanie się dla mnie olbrzymim natchnieniem w tych „kryzysowych” czasach. Chciałbym, by jak najczęściej w 2009 dopadała mnie tak owocna bezsenność jak dzisiejszej nocy. Dobranoc.
02.01.2009 :: 01:48
Nie zrobiłem rocznego podsumowania wcześniej. Może to i dobrze, bo zachwalałbym jaki ten rok 2008 był wspaniały, o negatywach oczywiście nie wspominając. Postanowiłem przemilczeć temat. Do czasu. Gdy przeczytałem kilka dni temu podsumowanie jakie zrobił
Yongpadre, postanowiłem nie być gorszy i sięgnąłem – może bezczelnie i chamsko – po jego pomysł. I tak drodzy Państwo powstał
ALFABET 2008 według Kildeis’a
Anita. Moja najukochańsza żona. Wspaniała, cudowna, jedyna i niepowtarzalna kobieta.
Bóg. Wiele w zeszłym roku miałem z nim zatargów. Wielokrotnie go zdradzałem, oszukiwałem, kłóciłem się z nim. Wierzę, że niczym Yongpadre, w tym roku zbliżę się do Niego.
Czerwona herbata. Myślę, że płyn, którym codziennie popijam strawę, powinien mieć choćby jednozdaniową wzmiankę w tym tekście.
Dom. Raczej mieszkanie. Wiele kosztowało nas i naszych bliskich wysiłku. Nie tylko finansowego. Będzie nam się tu dobrze mieszkało.
Eldo. Człowiek, którego postawa nakreśla także moją drogę życiową. Słuchając jego głosu, czuć wyjątkowość i spójność wskazówek, które jednak są, mimo jego zaprzeczeń co do ich istnienia. Zeszłoroczna płyta uświadomiła mi jak powinien wyglądać mój patriotyzm. Dziękuję Leszku.
Firma. Nie ta w której pracuje, lecz tak którą z pomocą Bożą założę. Oby miało to miejsce w tym roku…
Ganja. Nie ukrywam – lubię zapalić. I będę lubił do moich ostatnich dni. Ktoś gustuje w lampce wina, a ja w tłustym spliffie. Choć dobre wino też uważam.
Hyperreal. Po upadku forum smartshopu, w które byłem czynnie zaangażowany. Znalazłem portal dyskusyjny na którym wreszcie mogę się swobodnie wypowiadać. Taka moja odskocznia od codzienności…
Internet. Uzależnienie? Nazwałbym to bardziej fascynacją.
Jedzenie. Nie ukrywam, że lubię zjeść dobrze i dużo. Stąd pewnie kilka kilo więcej…
Kasa. Raczej jej brak. W 2008 finansowo byłem na samej górze, ale również na zupełnym dnie. Niestety. Raz się Ciebie trzyma, a raz ma Cię w dupie…
Lenistwo. Do tego tchórzostwo i zakłamanie. Najsmutniejsza litera w moim alfabecie…
Łotwa. Również Litwa i Estonia. Chciałbym kiedyś zwiedzić te nadbałtyckie republiki…
Miłość. Najważniejsze w życiu to ją odnaleźć. Dzięki Bogu mi się udało.
Nadzieja. Mówią, że matka głupich… Ja jednak wolę być wśród nich.
Ojcostwo. Gdy dowiedziałem się, że zostanę ojcem, co miało miejsce dwa tygodnie przed ślubem mój stan psychiczny dało się określić trzema przymiotnikami. Zaskoczony, przerażony… i bardzo szczęśliwy.
Praca. Żyć z pisania nie mogę, ale drukowanie fototapet nie jest najgorszym zajęciem…
Remont. Okres najgorętszych zmiany w moim rodzinnym domu. Dobrze, że mamy go za sobą, nie wliczając w to długów…
Smartshopy. Powstają jak grzyby po deszczu. Nawet stacjonarne. Póki zajmują się sprzedażą etnobotanicznych, egzotycznych i z reguły nieszkodliwych ziółek wszystko jest w porządku. Jednak gdy pojawia się chemia okraszona mianem „mieszanek ziołowych” już nie jest. Definitywnie!
Ślub. Najbardziej duchowe i osobiste zdarzenie jakie miało miejsce w moim życiu. Totalna mistyka.
Tarnów. Moje ukochane miasto. Tyle historii niespisanych, tyle opowieści, tyle osób, które można a nawet trzeba wysłuchać. Kazimierczak ma Warszawę, Huelle pisze o Gdańsku, a ja, podobnie jak Brandstaetter o Tarnowie. Ale gdzie tam mi się do nich równać… Za cienki jestem w te klocki…
Uczelnia. Znając moje lenistwo chyba nigdy jej nie skończę. Pracę magisterską mam napisaną. Wystarczy się tylko obronić. Tak niewiele, a jednak tak dużo. Mam nadzieje, ze w 2009 zamknę wreszcie definitywnie ten rozdział.
Wiara. Chciałbym ją pogłębiać, a jednak jestem zbyt słaby, ciągle wątpiący i niekonsekwentny. Boże daj mi siłę…
Zapał. Tego mi brakuje, ale bardziej konsekwencji w działaniu. Robię coś, później mi się nudzi i kończę… Mam nadzieje, że kilka moich postanowień na przyszły rok uda się mimo to zrealizować.
04.01.2009 :: 23:54
Uwielbiam niedzielne poranki w takim samym stopniu, jak kocham późne nocne godziny. Jak zapewne się domyślacie właśnie w tych chwilach najłatwiej zebrać myśli w taki sposób, by móc coś napisać. Zwłaszcza, że ostatnio z weną jest u mnie dość krucho… Dlatego tym samym hołubię akurat takie chwilę, gdy mogę usiąść we własnej nareszcie kuchni, przy stole który tak naprawdę jest nasz jedynie w jakimś marnym procencie, przed niespłaconym do końca laptopem i móc czymś twórczo zająć czas. Mógłbym co prawda grzebać w photoshopie bawiąc się w nakładanie warstw na siebie, co z pewnością w razie powodzenia mogłoby przełożyć się na jakiś wymierny profit finansowy, ale zupełnie w tej kwestii przerasta mnie lenistwo. Grafika to codzienne zajęcie, więc najnormalniej w świecie wolałbym tworzyć, ale już zupełnie coś innego. Na photoshopa przyjdzie czas od jutra i potrwa cały roboczotydzień. Z drugiej zaś strony patrząc na nowo powstałą kuchnię coś jeszcze przydałoby się do jej uzupełnienia. Pytanie co? Niestety, jak wiadomo do tego potrzebne są oprócz idei, dokładnie te finansowe środki. Pewnie przydałaby się jakaś szafka? Najlepiej dwie! Może akwarium, którego wodne życie, zanimizowałoby również wygląd naszej jadalni? Mile widziane byłyby też jakieś półki, na których można postawić mniejsze, bądź większe przedmioty, które w bliższej lub dalszej kolejności, w ramach akcji pod tytułem „urządzanie mieszkania” niewątpliwie tam zagoszczą. Czy oby nie przesadzam? Tak bardzo broniłem się przed konsumpcjonizmem, twierdząc zawzięcie: „Jestem minimalistą!”, że nie zauważyłem nawet kiedy, realia rynku zupełnie mnie pochłonęły. „Gromadź i kupuj na potęgę” utrwaliło się głęboko w mym myśleniu, do tego stopnia, że stałem się uzależniony. Dziwne by było gdyby mnie ta choroba cywilizacyjna nie dotknęła. A może jeszcze nie jest za późno, skoro zdaje sobie z tego sprawę? Może mam jeszcze szansę z tym wygrać? Nie wiem i nie wie nikt – nie będę dalej nad tym dywagował. Szkoda życia i rzeczy równie cennej, czyli czasu…
11.01.2009 :: 11:32
Moje opisy doświadczeń nie mają tu na celu jakiegokolwiek namawianie kogokolwiek, w szczególności nieletnich do użytkowania etnobotanicznych okazów. Drodzy rodzice, którzy być może przeglądacie mój blog, nakierowani dziwnym zachowaniem Waszego dziecka. Nie miejcie pretensji do mnie, bo ja pisze o swoim życiu i nikogo nie namawiam do bycia mną. Tutaj umieszczam jedynie informacje, które tak jak np. nóż są neutralne. To, w jaki sposób zostaną użyte nacechuje je bądź pozytywnie, bądź zupełnie odwrotnie, tak jak nóż którym można ukroić kromkę chleba, bądź za pomocą którego zabrać komuś pieniądze na ulicy. Nie stawiam się w roli guru, nie chcę przedstawiać życia takim jakie chciałbym żeby było, lecz ilustruje je takie jakim jest. Dlatego zanim zapukasz do mych drzwi, żeby dać mi w mordę, za to że swoimi tekstami „deprawuje” Twoje dziecko, cofnij się pamięcią do następnych zdań, które zaraz przeczytasz. Nie będzie to morał żywcem wzięty z brytyjskiego dzieła „Trainspotting”. Nie wyspiarskie realia, a polska rzeczywistość, choć kilka lat do przodu, nie te priorytety co bohaterowie filmu, nie ten stosunek do życia bo mi jednak udało się, a jeżeli jeszcze nie, to zmierzam ku temu, by mieć, by wybrać, jeżeli jeszcze tego nie zrobiłem, życie przez duże Ż. Co prawda już chyba dokonałem wyboru zmieniając stan cywilny, ale napisze w formie cytatu co mną kierowało...
Wybrać pracę. Wybrać karierę. Wybrać rodzinę. Wybrać zajebisty wielki telewizor... pralkę, samochód, kompakt i elektryczny otwieracz do puszek. Wybrać zdrowie, niski cholesterol, opiekę dentystyczną. Wybrać stały kredyt hipoteczny. Wybrać kawalerkę. Wybrać przyjaciół. Wybrać dres i pasującą torbę. Wybrać trzy częściowy garnitur... Jakby ku potwierdzeniu dodam myśl, jakbyś nie wiedział dlaczego tak obrałem swój życiowy kierunek, choć to jedynie parafraza z filmu Boyle’a. Podobnie jak Mark Renton mam miliony fałszywych odpowiedzi, jednak tak bardzo złym człowiekiem nie jestem. Chyba… Zmieniać się mimo to muszę – jak każdy. Czasami sprzątam to co naświniłem w życiu, oddzielam mazakiem czerwoną, cienką kreską, nie grubą, bo znając siebie, na jej powierzchni szukałbym własnej enklawy – buforu bezpieczeństwa dla własnych niegodziwości, mogąc w miarę wygody przechodzić raz na jedną, raz na drugą stronę. Tak proszę Państwa – wzorem nie jestem! Wy, dyskwalifikujący mnie na stracie poznania, patrząc jedynie przez pryzmat mojej przeszłości, powinienem napisać wulgarny zwrot i zamiast mocnego i stanowczego przytupnięcia dodać słowo z ulicznego rynsztoka, wyzywające w sumie bardziej matkę delikwenta niźli jego samego, ale się powstrzymam. Nie zrobię nikomu przykrości, a tak naprawdę ten tekst nie jest skierowany do nikogo konkretnego, jest hipotetyczną moją odpowiedzią, na domniemane zarzuty. Czasami się zdarzają, choć to chyba dobrze, bo dociera do kogoś to co pisze. Ktoś mnie słucha. Jestem, takim sobie ja, niczym Kris. Żyje gdzieś daleko, na zapyziałym, wiejącym małomiasteczkowością południu Polski i mam dziwne poglądy na życie, ale jestem przynajmniej na łamach tego pamiętnika szczery, przez to mimo, ze wirtualny to jednak prawdziwy. Kropka.
18.01.2009 :: 14:10
Wieczorami, tak to bywa, siedzę przed komputerem w poszukiwaniu… No właśnie. Czego? Dobrych jakościowo zdjęć, bieżących informacji lub wszelakich ciekawostek. Można by rzec oddaje się w pełni swojemu uzależnieniu od komputera, jak twierdzi moja żona. Ja z kolei powiem, że pasji, ale nie będę pisał tutaj rozprawki, jak na lekcji języka polskiego wchodząc z kimkolwiek w polemikę. Właśnie w te godziny, które zegar zaczyna nazywać kolejnymi liczbami po dwudziestce, mam niekiedy ochotę na odrobinę alkoholu. Może to być napój piwny o nazwie Desperados, lub piwo kojarzone po nazwie z atrybutem króla, drinka – za wódką nie przepadam – z rzadka lub też wino. Gdy ten napój powstały w wyniku fermentacji soku z winogron jest dodatkowo czymś przyprawiony, wówczas… No właśnie. Przejdźmy do następnego akapitu.
O kwiecie lotosu nie będę się zbyt długo rozpisywał, bo każdy kto będzie zainteresowany z pewnością znajdzie o nim informacje, a ja dla leniwych dodam od siebie
hiperłącze, które zaprowadzi zainteresowanych do najtreściwszego artykułu w języku polskim. Fakt, faktem od dłuższego czasu interesowałem się tą rośliną. Dostałem ją kiedyś jako bonus, z któregoś z polskich smartshopów i szczelnie zamknięta przeleżała w szafce prawie dwa lata. Ot, rzeczy praktyczne – brak czas, brak wina, ignorancja i oczywiście – jak mogłem zapomnieć – moje WIELKIE LENISTWO sprawiły, że suszone kwiaty, skądinąd jakże pięknej rośliny tak długo nieporuszone zalegały na dnie szafki, najpierw w kuchni moich rodziców, później w naszej własnej. Postanowiłem więc, za kilka dosłownie złotych kupić najtańsze wino półsłodkie (Melnik), w którym susz mógłby się wykąpać. Planowałem na początku tygodnie trzy, ale wrodzona ciekawość i niecierpliwość skróciła ten okres do 10 dni, po których oddzielone od fusów wino koloru klarownego moczu trafiła najpierw do butelki, a później do kieliszka. Powiem szczerze, że podchodziłem do działania ledwo co poznanych alkaloidów lotosu, jak pies do jeża. Nie obiecywałem sobie zbyt wiele. Co prawda niewiele ponad 30 gramów, wobec zalecanych 10 na butelkę białego wina pozwalało rokować na końcowy sukces, ja jednak byłem niedowiarkiem. Jak się okazało myliłem się, choć finalnie okazało się, że jednak niezupełnie…
Blue Lotus zdecydowanie działa. Już po paru minutach od wypicia jednego kieliszka odczułem pierwsze objawy. Coś, z czym już gdzieś miałem do czynienia – tak przynajmniej mi się wówczas wydawało. Po kilku kolejnych minutach już wiedziałem, co mnie zdominowało. Uczucie podobne do „wkręcania się” MDMA. Dziwne ciepło rozchodzące się po ciele, a dodatkowo subtelna energia. Stan ten utrzymywał się najdłużej pół godziny – później pojawiała się euforia i specyficzne, dość wyraźne zrelaksowanie, niekiedy przechodzące w senność.
Działanie tych kwiatów jest dziwne - zapisałem na kartce –
Przypomina trochę wkręcanie się piguły z opiatową sennością.
Miłe ciarki – podobne bliźniaczo do tych odczuwalnych przy słuchaniu ulubionej muzyki – od czasu do czasu przebiegały niczym mrówki po ciele Były dość subtelne, nie takie jak przy wspomnianej wcześniej „tabletce ulicznej”, czy ładnie zapakowanych drażetkach od dopalaczy. Kolory na pewno nie wydawały się być wyostrzone – bardziej stłumione, co potęgowała jeszcze dodatkowo ciężkość powiek. Po kilkudziesięciu minutach, mam na myśli zarówno pierwszy raz, jak również kolejne przygody, zauważyć się dało… Ba! To za mało powiedziane. Zdominowała mnie senność. Myślę, że sprawcą takie stanu rzeczy był alkohol, który rozgrzał żołądek. Nie chcąc walczyć z nadchodzącym z szybkością bolidu F1, Morfeuszem, zasnąłem jak dziecko. Sny, nie różniły się nic od tych codziennych – na czysto – obudziłem się bardzo świeży.
Brak negatywnych objawów, zarówno w trakcie i bezpośrednio po użyciu, jak na drugi dzień jest niewątpliwie atutem Blue Lotos. Efekty jednak nie są spektakularne i szczerze mówiąc po takiej dawce spodziewałem się więcej. Półtorej godziny dziwnego działania – nie oto mi chodziło…
20.01.2009 :: 13:19
Jabłka w szklanej trójdzielnej misce za nic mają grejpfruta, który zagościł się w niej na miesiąc przed nimi. Bambusowa mata, którą niski człowiek o skośnych oczach w Kraju Środka wykonał za miskę ryżu, pasuje kolorystycznie i tematycznie do fototapety na wschodniej ścianie. Wydruk, choć ledwo widoczny, poprzez fakt że jedynym źródłem światła jest blask monitora w moim ASUSie i słabej mocy żarówka nad okapem, zna swoją rangę – nikt nie umniejsza jej rozmiarom. Prawie dziesięć kwadratowych metrów papieru lateksowego pokrytych laminatem przewyższa jakościowo tapety na flizelinie po prawej, lewej i naprzeciwko, choć firma RASCH miałaby pewnie inne zdanie. Lodówka zaś stoi dumnie pod belką obitą jasnym drewnem wydając cichy szum, jakby chciała podkreślić swoją wyjątkowość i pozycję. Kiełki rzodkiewki na parapecie cicho rozrywają skorupkę nasionka i pod wpływem ciepła i wilgoci próbują skonstruować łodyżki i korzenie. Wzbijają się w górę, ale co im z tego, skoro skończą na dole w żołądku. Ba! Nawet jeszcze niżej. Wie to opuncja i kilka gatunków kaktusów. „Kolczaki forever” zdaje się mówić halucynogenny trichocereus bridgesii. One wolą ciasną, a własną doniczkę niż przeźroczysty, wszechstronny i wygodny plastikowy pojemniczek. Mają przynajmniej pewność, że nie skończą jako strawa na śniadanie. Jednak nie trichocereus peruvianus wyglądający zza stojącego kalendarza „Era Premia”. Meskalina, w tym przypadku nie tylko nie odgoni intruzów, ale wręcz ich przyciągnie. Może, z politowaniem, a może bez nad wszystkimi sukulentami dominują soki, kompot i wszelkie przedmioty na ladzie. Czują się lepsze, bo częściej używane. Gdyby nie miska na odpadki stanowiłyby swoisty establishment, a tak… Zostaje im rola tych drugich po chłodziarko-zamrażarce.
Pewnie, ktoś rozsądny zastanowi się: „Po co ten kildeis pisze znów o kuchni?” Nie będę więc ciągnął monologu przedstawiając korzyści natury estetycznej, które sprawiają, że to miejsce tak na mnie działa. Pomieszczenie kuchenne, żyje własnym życiem, choć brak mu akwarium z biotopem Amazonki, ma dusze. Znacie pewnie lokale, o których tak można powiedzieć – ja znam kilka. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że to nie zjawisko, a norma wśród pomieszczeń. W niektórych tego nie widać – w innych zaś aż za bardzo…
25.01.2009 :: 22:05