Laptop, remont i kasa

W moim życiu, mimo upływającego coraz szybciej czasu coś ruszyło. Z kopyta o dziwo, choć na moim notebooku, którego nabyłem w systemie ratalnym, zaledwie kilkadziesiąt godzin temu, stawianie systemu wcale szybko nie przebiegało. Ale to już inna bajka, która, gdy wreszcie pracownicy operatora internetowego skonfigurowali mi sieć, oprócz bezprzewodowego okna na świat na własnym podwórku, nabrała również kolorów. Nie będę już skazany na jedno miejsce przy biurku. Będę klikał w tę wbudowaną i nieporęczną klawiaturę, gdzie tylko się znajdę. Na ławce przed domem, na fotelu, w kuchni, na strychu w naszym nowym mieszkanku… Właśnie. A’propos poddasza, które w niedalekiej przyszłości stanowić będzie moje i Anity wspólne, składające się z dwóch pokoi, korytarza, dużych rozmiarów łazienki i kuchni, gniazdko. Póki co to kupa gruzu, w której skute ściany odcisnęły się na moich rękach w postaci piekących pęcherzy. W dzisiejszych czasach stawianie własnego lokum to studnia bez dna dla kasy. Naście tysięcy, podchodzące wręcz pod początek dziesiątek dwóch z małym zapasem dodatkowych złotówek, czyli haracz zebrany od gości za dobrą zabawę na weselisku nasze M-ileś połknie na śniadanie i obiad. Na lekki podwieczorek być może też starczy, ale na Abendbrot z niemiecka już będziemy zmuszeni sobie pożyczyć. Takie czasy!
04.09.2008 :: 23:24



Sposób na bezsenność - grafomania

Ona śpi, a ja wcale nie żuję Big Reda. Mam zgagę po cholernym, choć smacznym winie, którego nazwa mi uleciała. W niepamięć rzecz jasna. Może to jednak nie dzieło tego szlachetnego trunku z winogron, lecz soku z pomarańczy w kolorze czerwonym? Albo bigosu z poweselnych resztek? Nie wiadomo. Nadkwaśność przeszkadza niczym meszka w oku. Ba! Nawet bardziej! Jak samica, któregoś z gatunków rodziny Culicidae, latająca wśród naszego małżeńskiego półmroku. Nic mi nie ulży, a nikogo poza mną niewiele to obchodzi. Anita śpi, a w sieci co za frajda czytać użalania się kolesia siedzącego gdzieś za komputerem, obserwującego śpiącą żonę i jęczącego, że coś go tam piecze? Chyba żadna. Grafomania w postaci czystej – nieskalanej. Tekst pełen opisów, przydługich metafor, których zrozumienie wymaga chociaż odrobinę wysiłku. W gruncie rzeczy treść o pierdołach wcale poczytna nie jest. Samemu nie chciałbym nadwyrężać wzroku na szmirę, którą sam katuję nieregularnie ownloga. Przelewam swe smutki i żale, radości oraz chwile triumfu. To mój sposób na bezsenność, moje katharsis. Cleber pewnie długo nie będzie mógł dziś zasnąć, lecz ja przytulę się do Anity i wpadnę w objęcia Morfeusza szybko - dumny ze swego grafomańskiego tekstu. Komentarz zaś z jej strony będzie dla mnie wart więcej niż 100 bramek strzelonych Dumie Katalonii. Na wyjeździe rzecz jasna!
27.08.2008 :: 00:26



Trzeci dzień niewoli

Kiedyś, gdy patrzyłem na przechadzające ulicami pary tęskniłem za prawdziwym szczęściem. Byłem sam, więc daleko mi było do bliskości drugiej osoby płci przeciwnej. Homo wszak nie jestem, na prawo zaś ode mnie jeno beton widać. Gdy już poznałem kobietę swego życia, która zaraz na początku naszego toksycznego w swych zaraniach związku wcale tą na dobre i na złe się nie jawiła, zażyłości tej nie pielęgnowałem. Dziś wiem, że im więcej cięższego kalibru chwil ulotnych jak ulotka, co niekiedy kształtujące jest, tym człowiek dojrzalszy. Zmężniałem psychicznie, choć niektórzy stwierdza, że uległem presji życia i stałem się jedynie jednym z miliardów zwyczajnych. Życie, jak widać. Ja powiem: szczęście. Istota egzystencji wymalowana na mej twarzy i widoczna na środkowym palcu prawej dłoni. 23 dnia bieżącego miesiąca w kościele po raz pierwszy zabłysnął złoty GPRS i odtąd dzielnie świecił będzie. Szczęście? THC i etanol nim nie jest, choć „Dusza Mnicha” koloru rosso przed skonsumowaniem pożycia w dniu trzecim to szczęście akcentuje. Wyjątkowo i wystarczająco, bo szczęście to niewola miłości. Amen.
25.08.2008 :: 23:47



Moja mała ojczyzna

Będąc gnojem miałem dziwne marzenie - chciałem mieszkać w mieście, w bloku. W okresie młodzieńczego buntu wręcz niczego innego nie pragnąłem. Pociągał mnie ten świat ogólnej bliskości do wszelkich zdobyczy cywilizacji, świat podwórek, co prawda obsranych przez psy, lecz emanujących swoistym, urbanistycznym klimatem. Te kilka tygodni spędzonych na wakacjach u ciotki w kartonowym blokowisku wywoływało we mnie tęsknotę za miejscowymi pijaczkami przesiadującymi od wczesnych godzin przedpołudniowych obok butelki z owocową nalewką, zakamuflowaną w kolorowej reklamówce. Tęskniłem za widzianymi w oknie pokoju, czy też kuchni ludźmi pędzącymi niewiadomo gdzie i w jakim celu. Wieczorami brak mi było tego przesiadywania pod blokami z butelką piwa sączonego leniwie w ramach miejskiej rozrywki. Gdy po powrocie do domu, na wieś, zamykałem oczy przed snem, wyobrażałem sobie, że kiedyś dane mi będzie przenieść się do dużego miasta…

Los chciał inaczej. Tu gdzie się urodziłem, wychowałem, tu gdzie jest mój dom, tam zostałem. W tej podtarnowskiej miejscowości, gdzie spędziłem dzieciństwo i młodość, dane mi również będzie (da Bóg) wychować dzieciaki… Wiele zmieniło się przez te dwadzieścia, przeszło lat, a jednak finalnie niewiele. Drewniany domek, w którym mieszkał Kazek bez nogi, kiedyś dobrze widoczny z frontu, przysłoniły majestatyczne kasztany. Z dzieciństwa pamiętam je jako niezbyt wysokie drzewa. Dziś to prawdziwe olbrzymy, których okres kwitnienia oznajmia, że nadszedł czas potyczek maturzystów z długopisem.

Błogi spokój mojej okolicy naruszył trochę oddalony o sto metrów „szrot” z częściami samochodowymi, który otworzył mój kuzyn. Mimo to widok zza okna nie wiele się zmienił. W dalszym ciągu mogę delektować wzrok pobliskim laskiem, który dodatkowo rozrósł się do tego stopnia, że przysłonił ogrom nieużytków. Nasza okolica w ogóle została zdominowana przez drzewa. Poza domami nielicznych sąsiadów, których co prawda przybyło, lecz nie na tyle, żeby powstały nowe budynki niewiele jest jeszcze widoczne. Wszędzie zieleń lasu w lecie, w zimie zaś szarość pni i gałęzi pozbawionych liści. Kamienistą, pełną wybojów drogę, na której pomiędzy koleinami rosła trawa, wypełnił równiutko, co do centymetra czarny asfalt, o którego położenie mieszkańcy mojej okolicy walczyli dobre kilka, jak nie kilkanaście lat. Zwiększył się co prawda ruch (o ile o czymś takim można mówić na osiedlowej drodze, dodatkowo wiejskiej), ale jest wygodniej i co może nawet ważniejsze ładniej.
16.08.2008 :: 17:13



NIGDY WIĘCEJ!!!

Ile można? Jak długo świat będzie wykrwawiał się na peryferiach? Dlaczego kilka baryłek ropy jest warte więcej niż życie jednego człowieka? Amerykanie stworzyli piekło na ziemi w Iraku, a teraz Rosjanie najwidoczniej im pozazdrościli i postanowili stworzyć podobny „raj” w Gruzji. Jest mi przykro, bo ludzie nie uczą się na własnych błędach. Było ich sporo. Afganistan, Bośnia, Sudan, Rwanda, Czeczenia, Kosowo, Liban, Czad, wspomniany wcześniej Irak… A przecież to nie wszystkie kraje w których trwa lub nie tak dawno trwała wojna. Jest ich więcej - niestety dużo więcej… Kto do tego dopuścił? Kto poniesie odpowiedzialność…? Nie wiem z czego serca mają możni tego świata, którzy pozwolili na czystki etniczne. Kto odpowie za miliony uchodźców błąkających się w poszukiwaniu spokoju? Kto wynagrodzi im śmierć bliskich, zburzone domy, niemożność życia na ojczystej ziemi? Kto wróci kończyny milionom kalekich ludzi? Kto zastąpi sierotom rodziców? Kto udzieli pomocy potrzebującym…? Czy tylko Bóg jest w stanie zakończyć raz na zawsze te zbrodnie jakimś kataklizmem? Chce wierzyć, że nie, ale nie potrafię. Nie dziwcie mi się, mimo że z całego serca pragnę, aby było jak w tytule…
14.08.2008 :: 23:38